Amorion - Forum Gry

Pełna wersja: W labiryncie dziwnych zdarzeń...
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2
Elakijski labirynt to miejsce mroczne i niebezpieczne. Pełno w nim śmiercionośnych pułapek, które nieostrożnych śmiałków, zapuszczających się w kamienne korytarze, wysyłają wprost do bogów lub do najbliższego felczera. Aż roi się tam od dziwnych stworzeń, które rzadko na światło dzienne wychodzą, a poza labiryntem zobaczyć je można jedynie na arenach walk. Zwiedzanie labiryntu może ze sobą nieść wielkie niebezpieczeństwo dla nienawykłych do przygód poszukiwaczy. Może też skrywać tajemnice i skarby, o jakich nie śniło się nikomu na tym świecie. Samo już wejście do podziemnego świata usłane jest kośćmi tych, którzy nieostrożnie krok stawiając wywołali kamienną lawinę, pod którą zginęli. Korytarze, często zatęchłe stanowią nie lada wyzwanie zarówno dla górników, jak i poszukiwaczy skarbów. 
 
Labirynt w Elakkce jest sławny. Poległo wielu, którzy w niego weszli i chwałę zdobyli Ci, którym krętymi korytarzami i ścieżkami udało się dojść do celu. Pewien arrakijski szlachcic, chcąc zapewnić rozrywkę gościom, zaproszonym na wesele jedynej córki wpadł na pomysł szatańskiej zabawy. Na terenie swojej posiadłości – skąd inąd ogromnej – kazał wybudować labirynt, który połączył znajdujące się tam niewielkie ruiny dawnej warowni, korytarze i stare sztolnie pobliskiej kopalni oraz opuszczone i dawno zapomniane cmentarzysko z katakumbami. Miał on niesamowitą wyobraźnię i charakter iście diabelski, bo do owego labiryntu zaprosił śmiałków, którzy po przejściu mieli ogrom złota i kamieni szlachetnych otrzymać w nagrodę. Wszystko zaś dziać się miało na oczach zaproszonych gości weselnych. Zabawa była niebezpieczna, bo śmiałkowie mogli zdrowie, a nawet życie stracić, penetrując ścieżki labiryntu, usiane wprost pułapkami. Lat temu to było ze czterdzieści. O szlachcicu długo potem mówiono, że z samym diabłem się spowinowacił, córkę za niego wydał i dzięki temu bogactwa zdobył, a w posagu córki dusze śmiałków przebywających labirynt oddał… Potem zniknął, podobnie, jak i córka jego, a posiadłość wraz z osławionym miejscem zabawy marniała i szła w zapomnienie.
Po wielu latach zapuszczona posiadłość przejął Meander von Atkin, który przybył zza granic Królestwa i miejsca da siebie w nowym kraju szukał. Stopniowo poznając to miejsce odkrył ruiny labiryntu i zaintrygowany przygotował niewielką wyprawę. Jej członkowie zaginęli, a młoda żona Meandera – Luessa von Atkin wiadomość rozesłała, by śmiałkowie w posiadłości się stawili i w zamian za kufer pełen złotych monet męża w labiryncie odnaleźli i uratowali.
 
ILOŚĆ OSÓB:  wg zgłoszenia przez pw (forum) lub priv (gra)
UWAGA!  
Warunkiem zgłoszenie jest wypełnienie krótkiej KP na forum w dziale KARTY POSTACI ---> W LABIRYNCIE DZIWNYCH ZDARZEŃ
CEL: Odnalezienie Meandera von Atkina
CZAS ODPISÓW: Odpisy do 48-72 godziny, 1 ruch na 1 odpis MG, chyba, że ustalone zostanie inaczej
PRZEWIDYWANY POCZĄTEK ROZGRYWKI: koniec lutego
RYZYKO: WYSOKIE (postać może zostać zraniona, nietrwale i/lub trwale okaleczona, może umrzeć)
SYSTEM WALK: w opracowaniu, wg informacji na oficjalnym forum Amorion
[Obrazek: fantasy-landscape-wallpapers-hd-68743-8772203.png]
/https://wpblink.com/sites/default/files/wallpaper/fantasy/68743/fantasy-landscape-wallpapers-hd-68743-8772203.png/

WPROWADZENIE:

Luessa von Atkin jak każdego dnia, odkąd zaginął Meander siedziała w oknie rezydencji i wpatrywała się w ogród. Wiatr lekko poruszał gałęziami krzewów, ale w powietrzu dało się wyczuć upał nadchodzącego lata. Kobieta odgarnęła z czoła kosmyk włosów, ocierając z czoła kropelki potu, jakie się na nim pojawiły. Lato jeszcze się nie zaczęło, a Luessa, przyzwyczajona do śniegu i zimy już teraz odczuwała dyskomfort z powodu ciepła, jakie przynosiło słońce. Kolejny dzień czekania i kolejny dzień wpatrywania się niemal pustym spojrzeniem w miejsce, gdzie ostatni raz widziała męża... 

Cichym stukotem oderwana od czarnych myśli rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. To był gabinet Meandera, a przynajmniej tak go razem nazwali, kiedy to wprowadzili się do tej rezydencji. Podczas gdy ona zajmowała się kuchnią, dopilnowaniem sprzątania i służby, która wraz z nimi przybyła w to miejsce oraz ogrodem, a przynajmniej tą jego częścią najbliżej domu, Meander wyprawiał się na rekonesans ziem i przeglądał jakieś stare mapy i pisma, znalezione na strychu rezydencji i w jakichś kufrach w tym pokoju właśnie. Po jednej z takich wypraw w granicach posiadłości śmiali się nawet, że wraz z domem i ogrodem zakupili ogromną połać lasu, który graniczył zapewne niegdyś z posiadłością, a potem, gdy zabrakło tutaj życia po prostu rozrósł się, zatracając granice. Z dnia na dzień jednak Meaner stawał się coraz bardziej obsesyjnie zainteresowany tymi wysokimi drzewami i żywołopłotem, który je okalał, aż wreszcie któregoś dnia zaskoczył ją wieścią, że las ten w rzeczywistości jest czymś innym niż się im początkowo wydawało. Całe wieczory spędzał na rysowaniu i zaznaczaniu dziwnych rzeczy na kartach, które znalazł, aż oznajmił jej, że zamierza wyruszyć głębiej w ten labirynt krzewów i drzew i odnaleźć serce, które kryje. Przedstawił jej też spisaną na kartach legendę, czy też historię tego miejsca. Nie potrzebował dużo czasu na to, by zabrać trzech ludzi i przygotować zapasy na kilkudniową wyprawę. To było 3 tygodnie temu... A może już cztery?
Luessa początkowo z ustęsknieniem, a potem z coraz większą obawą spoglądała na wejście do labiryntu, w którym zniknął Meander. W końcu postanowiła odnaleźć męża. Ale nie sama. nie nadawała się na wyprawy, poszukiwania i rekonesanse. Już droga tutaj, do Amorionu i dalej, aż do miejsca, w którym osiedli kosztowała ją wiele trudów i wyrzeczeń. Stąd pomysł, by o wyprawie poinformować poszukiwaczy przygód i wyznaczyć nagrodę, która zachęci ich do niesienia pomocy zagubionemu w drodze mężowi i jego kompanom.

AKT 1

Informacja o wyprawie poszukiwawczej miała dostać się do najbliższego miasta za pomocą minstrela, który odwiedził ich pustelnię. Do tej pory, odkąd przybyli był to ich pierwszy i ostatni gość. Swoją drogą, wiele jej również o miejscu, w którym zamieszkała opowiedział. Żałowała, że nie zjawił się wcześniej, by powstrzymać Meandera przed samą wyprawą, choć znając męża nie mogła powiedzieć, by słysząc całą historię nie poczuł jeszcze większego zewu przygody. Minstrel swoją powinność wypełnił, jak mógł najlepiej i teraz tylko czekała aż pojawią się pierwsi śmiałkowie, którzy zdecydują się wziąć udział w wyprawie poszukiwawczej. Czas był ku temu najwyższy, bowiem coraz mniej wierzyła w to, że mąż zagubił się w drodze, a coraz bardziej przeczuwała, że coś złego mu się przytrafiło i powrót do domu uniemożliwiło.
Zamknięta w swoich czterech ścianach, chociaż to byłby loch, a domu lochem nie można nazwać przeglądała kolejne księgi w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Wszystko było jak zawsze. Dzień mijał leniwie, a wzrok niebieskich oczu co jakiś czas zerkał za okno by wieczór dostrzec. To właśnie wtedy białowłosa najczęściej wychodziła na spacer by suchy umysł, od kartek papieru, przewietrzyć, nadać mu nowych zmian, a może odpowiedzi się znajdą po przeczytanych kartach. Jak zawsze na ramiona zarzuciła płaszcz i ruszyła do miasta, które wieczorami było jakby nowo narodzone. Całkiem inne niż w ciągu dnia. Ciemne niebo i oświetlone ulice wydawały się całkiem inne, a zaułki wyglądały jakby ciągnęły tych porządnych w ręce nieporządnych. Claire na szczęście aż tak się nie zapędzała w swoich zamiarach. Weszła wieczorową porą na kielich wina, który mógł rozruszać szare komórki i znaleźć inne odpowiedzi. Siedząc w kącie i sącząc wino ze złośliwym uśmiechem przysłuchiwała się rozmowom z zamkniętymi oczami i wyłapywała co lepsze. To wtedy własnie usłyszała o zaginionym mężu i żonie, która nagrodą chciała wynagrodzić śmiałków za swoje poczynania. Otworzyła oczy starając się namierzyć właściciela tych słów, gdy wtem usłyszała miejsce spotkania, gdy ktoś zechciałby się zjawić. Czym prędzej zostawiła kielich na stole, a drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem. Sama zainteresowana ruszyła szybszym krokiem do do domu by zapakować wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, w tym nie zapominając o czymś do pisania i pustych kart papieru by zapisać to co może ją spotkać. Zapakowaną torbę sprawdziła jeszcze kilkakrotnie, a w ostatniej chwili przed wyjściem zgarnęła bukłak na wodę, który napełniła i popędziła do miejsca spotkania. 

Stanęła niedaleko miejsca, najpierw je obserwując kogo licho przyniesie jako pierwsze.
Siedział na murku, który okalał śródmiejskie targowisko, już dobre dwie godziny. Chociaż siedział, to może za duże słowo - Ash utrzymywał równowagę w pozycji siedzącej, kołysząc się od jednego do drugiej, niczym młoda brzózka przy jesiennym wietrze. Miejsce w cieniu, które upatrzył sobie wcześniej, teraz nie było już tak komfortowe. Przyjemny chłód uleciał, kiedy najpierw promienie słońca przyległy do jego nóg, a następnie pochłonęły cały tors oraz głowę. Opuszczona głowa i gęstwina włosów na szczęście oszczędzały mu przyjmowania południowych promieni prosto na twarz. Znajdował się w bardzo dziwnym stanie. Było to coś pomiędzy snem, a początkiem umierania - do tego na kacu. Z jego wpółotwartych ust wydostawała się stróżka gęstej, lepkiej śliny, wymieszanej z czerwonym barwnikiem; krwią najprawdopodobniej. Ów glut zwisał sobie swobodnie, co rusz wydłużając się i odrywając się, kiedy końcówka stróżki była zbyt ciężka by nadal sobie zwisać. Czasami, rzężącym przełknięciem, Sznur odzyskiwał część cieczy, ale był to niezwykle mało skuteczny proces. Obszarpane kostki dłoni krwawiły. Jedna z dłoni zaciskała się na butelce, którą mężczyzna opróżnił już dawno temu, a druga dłoń wyglądała jakby miała kontakt z butelką - a konkretniej jakby ktoś rozbił na niej butlę, a jej resztki wdeptał w dłoń najemnika.
Lokalni kupcy omijali go łukiem, nie chcąc sprowokować awantury. Niektórzy znali Sznura, niektórzy nawet korzystali okazjonalnie z jego usług. Nawet w trakcie umierania, a może zwłaszcza wtedy, nie było wskazane by mu przeszkadzać. Niestety minstrel, który pojawił się na placu za jego plecami nie rozumiał sytuacji na tyle dobrze. Dźwięk lutni, na której zarzępolił, a który miał przykuć do niego uwagę przechodniów, rozdarł ład, nad którym Ashariel tak długo pracował w głębi swojej głowy - zepsuł cały wewnętrzny monolog, w którym mężczyzna żegnał się z doczesnym żywotem i cielesnymi uciechami, którym tak hołdował. Nieopisany ból sprawił, że najemnik zacisnął powieki jeszcze mocniej, a dłoń, w której trzymał butelkę, zacisnęła się wokół niej jeszcze mocniej. Głos nowo mianowanego kata zabrzmiał czymś o labiryncie, a dźwięk szarpanych strun ponownie rozdarł duszę Ashariela.
- Błagam zamknij się... -
Mruknął mężczyzna, ale było to tak ciche stęknięcie, że nikt nie miał prawa tego usłyszeć. Minstrel wspomniał o zaginionych, o poszukiwaniach. Próbował to chyba nawet jakoś zarymować do wcześniejszej części, ale Ashariel wyłapywał jedynie pojedyncze słowa. Miał wrażenie, że każdy dźwięk, który wydaje muzykant wypalał jego wnętrze.
- Zamknij się, zamknij się, zamknij się! -
Gdzieś pół sekundy między drugim, a trzecim "zamknij się" Sznur zamachnął się uzbrojoną ręką, a pusty flakon przeciął powietrze i rozbił się o ścianę budynku, znajdującą się za minstrelem, jakieś piętnaście centymetrów obok jego twarzy. Sama komenda głosowa również była na tyle głośna, że dotarła do uszu wszystkich zainteresowanych. Muzyk zamilkł, targowisko również zamilkło, a przynajmniej tak mogło się zdawać. Cisza trwała tyle co mrugnięcie, a grajek zatrzymany w pół ruchu niepewnie brzdęknął strunami po raz ostatni i dokończył rymowane ogłoszenie.
- ... a żona zaginionego oferuje w zamian kufer pełen złota. -
Mózg najemnika obudził się na hasło "złoto". Maszyna, która miała właśnie się rozpaść ponownie załapała obroty niczym wodny młyn przy pierwszych spływach wiosennych roztopów. Ash przetarł usta, pozbywając się z okolicy ust resztek krwi oraz śliny i zerkając na minstrela zza kurtyny włosów pozlepianych juchą i miodem, uśmiechnął się szelmowsko.
- Poczekaj no kolego, pogadamy... -
Rzekłszy to bujnął się do przodu, wymuszając na reszcie ciała ześlizgnięcie z murka.

***

Zjawił się na miejscu spotkania w terminie zasugerowanym przez muzykanta. Ten, po bliższym poznaniu, okazał się nie być wcale wrednym, końskim zwisem wplątanym w struny lutni i otrzymawszy piwo w pobliskiej tawernie, przedstawił jak wygląda cała sytuacja. Ashariel zwietrzył w tym opcję zarobku. Jego ciekawość pobudzał dodatkowo fakt, że nie byli to pierwsi śmiałkowie, którzy próbowali przeprawić się przez labirynt, będący obiektem miejskich legend. Skoro bogaci chłopcy wchodzili i znikali w labiryncie, to musieli w nim zostawić po sobie sporo ciekawych fantów. Ich znalezienie Ash umieścił bardzo wysoko na liście priorytetów podczas tego zlecenia.

Gdyby ktoś spotkał go kilka dni wcześniej, tam na targowisku, zapewne nie uwierzyłby, że widzi właśnie tego samego człowieka. Szedł pewnym, sztywnym krokiem. Włosy były zaczesane do tyłu. Gęste i czyste, związane ciasno na potylicy. Zarost był równo przycięty, a na nim nie widać było choć kropli trunku czy choćby przydrożnego kurzu. Był ubrany skromnie, ale schludnie. Jego strój nie zawierał żadnych dodatkowych ozdób, falban, bufiastych elementów czy szlachetnych metali. Miał na sobie ciemno bordową przeszywanicę, do której mocowane były stalowe naramienniki oraz obojczyk. Przedramiona chroniły skórzane karwasze. Strój nie był strojem stricte bitewnym, zwłaszcza z uwagi na cienko pikowaną przeszywanicę. Jej grubość nie była tak znacząca, gdyż Ashariel cenił sobie przede wszystkim mobilność. Potwierdzało to również jedynie częściowe opancerzenie nóg, w postaci kolczych nogawek. U pasa zwisał buzdygan, a po drugiej stronie okrągły puklerz z kolcem, który groźnie sterczał na wysokości biodra mężczyzny. Przez ramię przerzucony miał worek, związany na piersi końcami, tak by mężczyzna nie musiał trzymać go w ręku. Jego zawartość znana była tylko Sznurowi oraz wszechwiedzącym.

Po dotarciu do rezydencji zagwizdał pod nosem. Taki domek planował sobie kupić, kiedy będzie już tak stary, że trudno będzie mu biegać za dziwkami po nocach albo kiedy ktoś ledwie odratuje go po bójce, pokroju tej, która posadziła go ostatnio na murku. Ruszył ku głównym drzwiom, by niedługo później uderzyć dwukrotnie w jedno ze skrzydeł spodem zaciśniętej dłoni.
Lea ocknęła się z drzemki i przeciągnęła leniwie, nadal leżąc w cieniu starego dębu, rosnącego na wyżynie nieopodal miejskiej bramy. Kea, która siedziała oparta plecami o jego pień, milczała i zawzięcie ryła nożem w kawałku suchego drewna, nadając mu finezyjny, acz bliżej nieokreślony kształt. Cóż mogłoby być lepsze tego dnia dla obu bliźniaczek od zażywania błogiego spokoju po całodziennej wagabundzie po okolicy w poszukiwaniu łatwego zarobku? Ano łatwy zarobek właśnie.
Siostry milczały jednak, symultanicznie wodząc badawczym wzrokiem za spacerującym głównym traktem bardem, zmierzającym wprost ku targowisku. Wizyta takiego gościa nie była wówczas niczym specjalnym, zwiastowała jednak dla nich nowe możliwości - minstrele byli bowiem nierzadko zatrudniani jako gońcy i sporo podróżowali po świecie, pozostając ważnym źródłem informacji w temacie mniej lub bardziej zobowiązujących zleceń.
Gdy tylko podróżnik zniknął gdzieś za grubym murem obronnym, obie spojrzały po sobie i po chwili wstały, niedbale strzepując z wierzchniej odzieży zabłąkane źdźbła trawy i owoce łopianu, po czym udały się do miasta...
Milczące siostry po wysłuchaniu ogłoszeń minstrela po prostu spojrzały po sobie i jednocześnie skinęły głową. Odwróciły się na pięcie i ruszyły kompletować ekwipunek na czekający je szybki zarobek.

Do rezydencji na końcu przybyły Kea i Lea. Szły tuż obok siebie w równym rytmie, z dokładnie tym samym wyrazem twarzy, sugerującym pogardę dla marności otaczającego ich świata. Ubrane tak samo, na pierwszy rzut oka mogły wydawać się identyczne, choć tak naprawdę wiele je różniło. Kea spoglądała przed siebie, podczas gdy Lea patrzyła na wprost. Kea była ubrana w zieloną koszulę, Lea wolała tę w kolorze trawy. Jedna była wysoka, podczas gdy druga nie należała do najniższych. Średniej długości blond włosy Kea wiązała w dwa kucyki, Lea w warkocz. Po bokach Kei znajdowały się dwa kordelasy, Lea zaś przyczepiła do pasa miecz i noże do rzucania.

Widząc przed drzwiami nieznanego im mężczyznę, jak na zawołanie uśmiechnęły się i ukłoniły się głęboko.
- Witaj potężny wojowniku. Prosimy, zechciej nas mieć w swojej opiece podczas tej wyprawy. - Powiedziały obie jednocześnie. Choć mowa ciała zdawała się być szczera i pełna szacunku, w głosach pobrzmiewała im jakaś jadowita nuta.
Okolica dworu tylko pozornie wyglądała na sielską. Wokół traktu, który odchodził z głównej drogi i prowadził niemal prostu pod zabudowania dworu rosły rozłożyste drzewa, a przy ziemi pełzły krzaczory, które rozrosły się widać dawno nie plewione. Sama droga nie przedstawiała sobą tragicznego wyglądu, choć wyschnięta na wskroś sprawiała, że przy każdym kroku unosił się kurz i zaschłe liście. Obserwować dwór można było z wielu miejsc, jednakże żadne z nich nie dawało możliwości zerknięcia do wewnątrz. 
Pozornie na zewnątrz domostwa nic się nie działo, jednakże okna salonu, biblioteki i gabinetu Meandera, wychodziły właśnie na front i ścieżkę. Stąd nie trudno się domyślić, pani domu obserwowała przybywających. Trzeba przyznać, że choć na moment oderwało ją to od ponurych rozważań. W momencie, kiedy rozległo się pukanie do drzwi, ona sama ruszyła do przestronnej sieni, by je otworzyć.
Kobieta była drobna i znać po niej było jeszcze przebyte jakiś czas temu trudy podróży. Gdy ze skrzypieniem otworzyła podwoje swojego domu lekki uśmiech na moment rozjaśnił jej twarz. 
- Witajcie nieznajomi. - Dźwięczny głos powitał śmiałków, którzy przybyli zapewne w celu wyruszenia w głąb labiryntu. -  Cieszę się, że stawiliście się na tak nietypowe wezwanie. Zapewne minstrel nakreślił Wam nieco przyczynę tak rozpaczliwego wołania o pomoc.
Odsunęła się lekko chcąc wpuścić do domu przybyszów. Jednocześnie bacznie przyjrzała się im, a potem dodała.
- Zapewne jesteście strudzeni drogą. Nie miejcie jednak żalu do mnie, że chcę, abyście jak najszybciej wyprawę rozpoczęli. Oczywiście służę wszelkimi dobrami, które przydać się Wam mogą podczas drogi. Jednakże zanim przejdziemy do konkretów zapraszam na posiłek i rozmowę.
Mówić to odwróciła się i skierowała swoje kroki w to miejsce, skąd przyszła - do gabinetu. Miała nadzieję, że kobiety i mężczyzna ruszą za nią. W między czasie pojawiła się starszawa kobieta, której cichym głosem pani domu wydała dyspozycje, aby do gabinetu przyniosła jadła i napoju dla gości.
Elfka mogła zapewne widzieć, jak reszta biorących udział w wyprawie wchodzi do środka domu, mogła zapewne usłyszeć jeśli nie cała rozmowę, to jej strzępy, niesione z wiatrem, jednakże jeśli chciała dowiedzieć się więcej, musiała się bardziej postarać. Lub po prostu ujawnić. 

[Obrazek: library-fantasy-art-books-artwork-4000x2...566623.jpg]
Claire niczym cień przemieszczała się za kobietą. Nie przeszkadzało jej deptać jej po piętach. Dom wydawał się być miejscem idealnym dla niej. Wyszukiwanie zakamarków, czytanie ksiąg... Ach! Brzmiało dość dobrze i tak typowo dla niej, ale przecież nie po to przyszła. Przygoda, ona i przygoda nie brzmiało jak jedność, ale czasem trzeba wychylić nos ze swojej nory i pójść krok dalej! A więc właśnie to robiła. Odwróciła na chwilę niebieskie oczy by spojrzeć na innych. Wyglądali tak najemniczo i tak walecznie. W tych czasach coraz mniej inteligencji, ale jak widać zarobek niesie każdego. Ona szła... No właśnie, po co tak właściwie? Chyba tylko się zabić. Jednak i to nie wyklucza jej udziału. Może sie przydać, nie jest tłukiem, ale na wojowniczkę nie wygląda. Z niej pożytku nie ma żadnego. Po rozwodzie niewiele jej zostało, a tracić życie? Przecież ono i tak schnie jak jej umysł, który kolejne zapisane karty pochłania, to przecież nic wielkiego czy umrze czy przeżyje. Weszła za kobietą do pomieszczenia cały czas mając obrotową głowę. Dom naprawdę wyglądał niesamowicie.
- Piękny dom. - Powiedziała stając na środku pomieszczenia i lustrując je swoimi niebieskimi oczami, w których zainteresowanie tym co widziały było bardzo widoczne. Nie każdemu jest dane posiadać takie miejsca w swoim domostwie, a tu... tak się prezentowało!
Nazwanie go "potężnym wojownikiem" spowodowało, że spojrzał podejrzliwie na obie nieznajome. Posiadanie ich w opiece również było ciekawym życzeniem podczas ekspedycji ratunkowej. Nie zdążył skomentować, ani jakkolwiek składnie odpowiedzieć, bo w progu pojawiła się organizatorka całej tej wyprawy. Nie blokował drzwi w progu i wszedł do środka, kiedy zasugerowała to Pani Gospodarz. Rozejrzał się po izbie, w której się znalazł i chociaż nie przybył tutaj wzdychać nad architekturą, ani podziwiać wystroju wnętrza, to poświęcił na obserwację chwilę czasu.
Zlecenie rozpoczęło się w momencie, w którym przekroczył granicę tutejszych włości. Należało być uważnym i skupionym. Do tego węszyć, kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja, bo przecież mieli kogoś znaleźć, a któż mógł wiedzieć, co rzeczywiście spowodowało zniknięcie Pana Domu. Może rozwiązanie zagadki częściowo znajdowało się także poza labiryntem? Chociaż Ashariel zadbał o swoje wyposażenie oraz pełny żołądek, to rozumiał, że rozmowa, w której otrzymają nieco więcej szczegółów, musiała odbyć się w takiej lub innej formie. Miał jedynie nadzieję, że "biesiada" nie przeciągnie się niepotrzebnie.
Zerknął na służkę, ale nie poświęcił jej więcej niż ten ułamek sekundy, który potrzebował by na powrót przenieść spojrzenie na Panią von Atkin. Dreptał sobie spokojnie w równej odległości, tak by nikomu nie wadzić. W uzbrojeniu oraz z workiem zawieszonym na ramieniu, spacerowanie nie zaliczało się do najwygodniejszych czynności.
W reakcji na słowa zleceniodawczyni siostry spojrzały po sobie, zupełnie ignorując podejrzliwy wzrok wojownika. Cała ta ekskursja wydawała się im obu równie nęcąca, co niepokojąca. Lea podążyła przodem, na wszelki wypadek obejmując dłonią trzon rękojeści swego miecza i bacząc jednocześnie, aby Kea nie oddaliła się zanadto. Przybyli śmiałkowie sprawiali wrażenie rozsądnych ludzi, raczej doświadczonych życiowo, acz niczego nie mogły być pewne z ich strony. Zaproponowany posiłek wydał się siostrom również podejrzany - wszak wyprawy polegające na odnalezieniu kogoś realizowane były raczej niezwłocznie, gospodyni zaś wydała się im być wyjątkowo uzbrojoną w nadwyżkę czasową. Może taki właśnie miała zamiar, aby sprawdzić przybyłych w tym niecodziennym teście na łatwowierność? Lub też podtopić w paranoi i wymusić działanie, gdy będą mieli nerwy w strzępach albo podtruć dodanym do pożywienia eliksirem? Wewnętrzny monolog Lei ostetecznie jednak ustąpił przed żądzą zarobku oraz melodyjnym poburkiwaniem spragnionego jadła brzucha. No i przed ciekawością. Bo przecież zawsze mogły zrezygnować...
Stron: 1 2