Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Paimon (ID: 1018)


  • Ranga: Mieszkaniec
  • Poziom: 74
  • Wiek: 214
  • Rasa: Wampir
  • Klasa: Wojownik
  • Charakter: Diaboliczny
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:

Rozdział I
Człowiek


Dawno, dawno temu żył pewien człowiek. Na imię miał Marric. Służył w armii. Nie, nie w Armii Amoriońskiej, były to bowiem czasy przed Królestwem Amorionu. Były to dziwne czasy, brutalne, krwawe ale i niektórzy powiedzą, że piękne. Był to schyłek Ery Elfów.
Elfy wzięły pod swoje panowanie świat wiele, wiele setek lat temu, opanowały go od jednego krańca do drugiego. Przez tysiąclecia żyły w swoich królestwach, dumne, piękne, zapatrzone w siebie, podobne bogom. Tak, panowali niepodzielnie niczym bogowie, ich żywota, które trwać mogły nieprzerwanie, płynęły nie bacząc na przemijający czas. Rozwinęły kulturę, sztukę, architekturę, ich cywilizacja aż po dziś dzień pozostaje niedościgniona. Ale bogom spodobało się dać życie nowej istocie, człowiekowi. Mały, drobny, niezbyt inteligentny, człowiek. Elfy z radością przyjęły go pod swoje skrzydła i traktowały nową rasę jak pupilka, małego pieska, z czułością, miłością ale i wyższością. Tak ludzie rozwijali się, mnożyli przez lata pod opieką elfów, żyli w ich miastach, cieszyli oko swych panów. Ale człowiek, człowiek jest płodnym stworzeniem. Elfy z czasem zaczęły odczuwać ciasnotę, ich miasta dawniej przestronne, powoli z trudem mogły pomieścić obie rasy. Podjęły więc decyzję o wypędzeniu ludzi, przeniesieniu ich do rezerwatów, odosobnieniu.

W tym momencie człowiek musiał nauczyć się żyć, wykształcić w sobie potrzebny instynkt do przetrwania. I człowiek nauczył się, elfy szybko się o tym przekonały. Człowiek z gniewem, nienawiścią, kawałek po kawałku wyszarpywał od elfów ziemię, w jednej ręce trzymał miecz, w drugiej pochodnie, tylko tak mógł przetrwać odrzucony przez swych panów.
Królestwa elfów zaczęły się kurczyć, ustępując pod naporem coraz to nowych fal ludzi. Elfy rodzące dzieci raz na sto, dwieście lat, nie były w stanie przeciwstawić się tak licznemu, nowemu wrogowi. Wrogowi, którego wychowały na własnej piersi.
Ludzie zaczęli wznosić od podstaw, swoją, nową cywilizację, powstawały pierwsze miasta, zalążki królestw.
Po trzystu latach od wygnaniu ludzi, rasa elfów stanęła na granicy zagłady.

W tamtych to czasach żył Marric. Jak wyglądał? Wysoki, mierzący ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, dobrze zbudowany. Miał długie, kruczoczarne włosy, wiązał je rzemieniem w kucyk. Gęste, czarne brwi oraz ukryte pod nimi, lekko zapadnięte stalowoszare oczy, które patrzyły wesoło, z ciekawością, ale i strachem na płonący świat. Z lekka owalna twarz pokryta była gęstą szczeciną, goloną gdy nadarzała się okazja.
Tak jak prawie każdy młodzian Marric służył w wojsku, powstającej coraz karniejszej, bardziej zdyscyplinowanej ludzkiej armii. Jako prosty, wiejski chłopak zaczynał na samym dole, jako szeregowiec, który to w pierwszej linii ścierał się z przeciwnikiem. Do walki miał naturalny talent, gdy frontowe oddziały padały jak muchy pod deszczem elfickich strzał, precyzyjnymi cięciami długich, zakrzywionych mieczy, on żył, żył i walczył. Żył i przetrwał. W trudnych chwilach wszyscy w pobliżu patrzyli na niego, intuicyjnie czekali na rozkaz, wskazówkę, przywództwo.
Zauważyli go jego przełożeni, awansowali. Od dziesiętnika, setnika aż w końcu do kapitana całego batalionu. Wojna jednak nie ustawała, ludzie cały czas parli, wiedząc, że jeśli nie pozbędą się okupanta, swego byłego pana to nigdy nie zaznają pokoju.
Marric, teraz już kapitan, po latach kroczenia we krwi, ekskrementach, zmienił się. Ale czyż można było pozostać takim samym? Uśmiechniętym, wesołym? Widząc jak towarzysze, jeden z drugim kroczą w objęcia śmierci? Trzymając przyjaciela w ramionach i widząc w jego oczach dogasającą iskrę życia? Nie. Nie można.
Marric z dawniej uśmiechniętego, skorego do żartów chłopaka, przemienił się w cichego, srogiego dowódcę.
Wiedział, że od niego zależy los wielu ludzi, nie tylko los jego podwładnych, ale też los setek, tysięcy cywili, w miastach i wsiach, które mieli za sobą, a które niechybnie spłonęłyby, gdyby elfy przerwały ich linie i przeszły do kontrataku.
Sroga twarz, bez uśmiechu, zimne, metaliczne spojrzenie, przywodzące na myśl chłód ostrza. Nie śmiał się, nie żartował ze swymi żołnierzami, wprowadził żelazną dyscyplinę. Klęli go podwładni, sarkali za jego plecami, ale wiedzieli jedno, że jako dowódcy mogą mu zaufać, że jeśli za kimś iść w płomienie bitwy, to tylko za nim. Tylko z nim mają szansę przeżyć. Nienawidzili go, ale i na swój sposób kochali, jak srogiego, ale i sprawiedliwego ojca.
Tak, to można powiedzieć o Marricu, był sprawiedliwy, honorowy. Te cechy przetrwały, zahartowały się w ogniu wojennych lat.

Dogasały już ognie płonącego miasta, krzyki dobijanych, gwałconych kobiet, powoli milkły. Ciężkie, podkute metalowymi płytkami buty, zostawiały ślady w popiele, odłamkach drewna, kamieni. Marric szedł przez oddające ostatnie tchnienie osiedle elfów. Był to niewątpliwie smutny widok, misterne budowle, świątynie, obrócone w zgliszcza. Szedł spokojnym krokiem, zobaczył budynek, niewielki dom, który jakby wyrastał z drzewa, opierał się on jeszcze zniszczeniu. Na ścianach widać było ślady nadpalenia, ale wnętrza nie dotknęła jeszcze ręka zdobywców. Wszedł do środka. Przeszedł przez przedpokój, wszedł do dużej izby, sporej wielkości lufcik pod sufitem, na kształt dziupli wpuszczał do środka światło, które rozbijało się na unoszących wewnątrz pomieszczenia drobinach kurzu. Zobaczył piękny pleciony fotel, stół, który dosłownie wyrastał z ziemi, oraz półki z książkami, zajmowały całą jedną ścianę. Zbliżył się, uniósł dłoń, dotychczas opieraną na rękojeści miecza i delikatnie przejechał dłonią po okładkach. Delikatny materiał, roślinny, elfy nie używały zwierzęcej skóry. Patrzył na nic nie mówiące mu tytuły w nieznanej mu mowie, aż ujrzał coś znajomego, ludzki język! „Pożegnanie niebios” - tak brzmiał tytuł. Autorką była Majana Kossak. Człowiek! Zastanawiał się, co w elfim domu robiła ludzka twórczość. Nie znał tego dzieła, ani jego twórcy. Wyciągnął delikatnie książkę, otworzył na przypadkowej stronie i zaczął czytać, słowa układały się następująco:
„Powiadają, że w czasach przed Stworzeniem był
pośród Sylfów tancerz, który kunsztem nie miał sobie równych we wszystkich Wszechświatach.
Telto, Matka Demonów, dowiedziawszy się o tym, sprowadziła go do swego pałacu, aby zabawiać zmysły jego popisami.
Jednakże po niedługim czasie tancerz zatęsknił za Podniebną Krainą oraz bliskimi, z którymi zmuszony był się rozstać, i potajemnie opuścił dominium Telto.
Matka Demonów, wpadła w wielki gniew, rozkazała pojmać uciekiniera i odrąbać mu nogi, aby przed nikim innym nie tańczył ten, który ośmielił wzgardzić jej łaskami.
Sława tancerza nie zgasła jednak.
Przeciwnie, nawet w odległych chwalono i podziwiano jego sztukę.
Telto, sądząc, że jej rozkaz nie został wykonany, posłała siepaczy, aby zgładzili sylfa i ostatecznie zakończyli tę upokarzającą dla niej sytuację.
Ku swemu zdziwieniu ujrzeli leżącego w łożu kalekę, ruchami dłoni ożywiał papierową lalkę w stroju tancerza.
Nim zginął pod ciosami mieczy, miał ponoć rzec: "Zabierzcie moje życie, skoro niczego więcej nie potraficie mi zabrać.”

Dziwna to była opowieść, krótka. Poczuł wtenczas smutek, dziwny, bo odległy, zmieszany z tęsknotą. Otrząsnął się, nie czas teraz na to. Trzeba było przeczesać resztę miasta, wydać rozkazy, przygotować się do pościgu za uciekinierami. Już miał odłożyć książkę na półkę, ale wstrzymał się. Po chwili namysłu włożył ją do plecaka. „Niech przynajmniej tyle przetrwa z ich miasta” - pomyślał.

Gdy elfy prawie już opuściły kontynent, gdy zostało jedynie kilka warownych twierdz, miast do zdobycia zdarzyło się coś niespodziewanego. Otóż elfy, za sprawą mrocznej, czarnej magii, do której zmuszone były się uciec w tych chwilach pogromu, stworzyły coś, co już do końca dziejów, miało siać strach w sercach wszystkich ras. Stworzyły wampira. Szybki, silny, bezwzględny, miał twardszą skórę od żywych istot, był więc znacznie wytrzymalszy, mógł biec bez zmęczenia kilometrami. Ich eksperyment nie do końca się powiódł. Chciały, by stworzenia te nie potrzebowały pożywienia, jednak wyszło inaczej, żywiły się krwią, ludzką, elfią, zwierzęcą.
Chciały stworzyć posłuszną istotę do zabijania, narzędzie, ale i to się im nie udało. Wampiry miały rozum, myślały tak jak inne istoty. A później okazać się miało, że wampiry mogły się rozmnażać, poprzez ukąszenie innej istoty, wtłoczenie w jej krwioobieg jadu, zapoczątkowywały trwającą kilka tygodni, miesiąc przemianę. Elfy widząc, że im się nie powiodło, ale nie mając wyboru – w ostatnim krzyku rozpaczy uwolniły trzy, stworzone w swych laboratoriach wampiry.
Ludzie odnotowali pojedyncze straty, ktoś zaginął na patrolu, jakiś oddział nie wrócił, znajdywali białego jak kreda trupa, z dwoma punkcikami na szyi. Zdarzało się jednak, że ktoś atak przeżył, wracał blady, przerażony i opowiadał o niezwykle szybkich istotach, będących w stanie rzucić człowiekiem na kilka metrów, istoty te nie tylko zabijały, one wysysały krew!
Z miesiąca na miesiąc problem narastał, gdy niedobitki elfów odpływały na swych statkach w dal, ku innym krainom, ku przetrwaniu, ataki się nasilały. W przyfrontowych wioskach panowała trwoga, ludzie na noc zamykali chaty, rano odnajdywali wysuszone bydło, skóra powlekała suche kości.
Armia zmęczona, przetrzebiona musiała stawić czoło nowemu zagrożeniu. Nocnemu Koszmarowi – tak nazywali je między sobą ludzie. Nocnemu, gdyż nie pojawiały się one nigdy w dzień, grasowały od zmroku do świtu. Noc przestała być dla ludzi czasem odpoczynku, snu, a stała się walką o przetrwanie. Gdy stworzenia zaczęły, w większej liczbie atakować duże ludzkie obozowiska, gdy w przeciągu jednej nocy znikały spore wsie, oddziały wojska, ludzkość nie miała wyboru.
Armia, cała ta rzesza zmęczonych wieloletnią wojną weteranów musiała stawić czoła jeszcze jednemu zagrożeniu. Nocnym Koszmarom. Stanęli tedy, ruszyli wielką falangą, przeczesywali za dnia lasy, jaskinie, dawne ruiny, miejsca kryjówki tych stworzeń. Znajdywali je, wielu ludzi oddało życie w walce, ale zwyciężali. Najlepszą metodą na zabicie Nocnego Koszmaru było spalenie, obcięcie głowy lub przebicie serca. Tak też postępowali.

Gdy ludzkość wzięła górę, i tak jak i elfy, wampiry były zmuszone do odwrotu, Marric wraz ze swoim oddziałem miał zająć stary zamek, w którym podejrzewali, że skrywają się te bestie.
Ruszyli o poranku, rozbili obóz na zamku i powoli, metodycznie zaczęli przeszukiwać komnaty, zbrojownie, opuszczone stajnie, spichrza. Jednak tym razem, nie wszystko miało pójść po myśli Marrica. Dochodził już zmierzch, a żadnej bestii nie znaleźli. Nie mięli też czasu opuścić zamku, zabarykadowali się w największej izbie – sali kominkowej, rozpalili ogień, część się położyła, wystawili warty. Nie długo było im dane odpoczywać, ciche szuranie, kłapanie stup piętro wyżej. Zamek ożył. Tego się obawiali. Duże, drewniane drzwi chroniły dostępu do sali, wampiry powoli, acz z uporem zaczęły się dobijać do środka. Gdy nastała północ, w jednej chwili wybite zostały wszystkie okna, po obu stronach sali. Najdziwniejsze jest to, że sala ta wychodziła nad urwisko, żaden człowiek nie mógłby się do nich dostać. Silny wiatr przygasił ogień, do środka wpadły blade, wychudzone stworzenia. Rozpoczęła się rzeź. Ludzie, mając ogromną przewagę liczebną padali jak muchy, byli nieprzygotowani na atak z tej strony. Marric wykrzykiwał rozkazy, starał się ich doprowadzić do porządku, odpierał ataki, nie oddając pola wampirom, powoli topniejącego szeregi jego oddziału zaczęły przybierać wyraźne kształty, uformowali szyk i stawili czoła krwiożerczym istotom. Wiedzieli, że stoją ramię w ramię ze swym dowódcą, i jedyne co ich może uratować to bezwzględne słuchanie rozkazów, oraz miecze trzymane w dłoniach.
Walka trwała długo, gdy zbliżał się świt, podłoga wielkiej sali spływała krwią, jelitami, jak makabryczny dywan usłany z ludzkich zwłok. Wygrali. Na polu walki stał Marric, a wraz z nim ośmiu ludzi. Wpadające do środka, promienie budzącego się słońca opadły na twarz kapitana. Brudny od krwi, zmęczony, włosy skołtunione, pokryte skrzepami. Czuł jednak ulgę. To koniec.
Omiótł jeszcze wzrokiem pomieszczenie, zobaczył że z boku, na podłodze coś się jeszcze rusza. Podszedł, trzymał miecz w pogotowiu, był to Nocny Koszmar, który podrygiwał, jakby w drgawkach agonalnych. Uchwycił miecz, przytrzymał go za pierś i już miał przebić mu serce gdy poczuł ukłucie, lekki ból na dłoni przytrzymującej bestię. Zobaczył, że wpiła mu się w okolice kciuka. Poczuł ogarniający go chłód, natychmiast opuścił miecz dobijając potwora.
Jego serce biło szalone, wiedział co się teraz stanie, stanie się jednym z nich! Niemożliwe, tak wiele lat poświęcił tej wojnie, tyle śmierci już widział, to miała być jego ostatnia misja i miał wrócić do domu, którego nie widział już z dwie dziesiątki lat. Poczuł gniew, rozpierający go gniew. Myślał szybko, a może nie musi się przemienić, ukąsił go w dłoń, nie w szyję! Chwycił się tej myśli z nadzieją. Wstał, podszedł do swych towarzyszy, lekko potarł dłoń, szczęśliwie była w rękawicy, nic nie zauważyli.
- Wracajmy do domu. - Rzekł do nich. Uśmiechał się wymuszenie. I wrócili do domów. Nocne Koszmary, wampiry – jak później odkryto ich nazwę w elfickich zapiskach, zniknęły. Może zginęły wszystkie, może się schowały? Ludzkość zwyciężyła. Słuch o nich miał jeszcze powrócić, ale to już inna historia.

Marric wrócił do domu, do rodzinnej wsi. Siwy, przygarbiony już ojciec powitał go z łzami w oczach, przytulił syna do piersi. Marric nie uronił jednej łzy, nic nie czuł. Może to wojna zabiła w nim możliwość wzruszeń, odczuwania radości, smutku? A może to powoli dokonujący w jego ciele spustoszenia, przemiany – jad?
Opowiedział mu ojciec, jak to w poprzednią zimę pochować musiał matkę, umarła na suchoty. Każdego wieczora, przez te dwadzieścia lat wychodziła na próg i wypatrywała syna, czasami nocną ciszę przerywał jej tęskny szloch.
Marric pogładził siwe skronie ojca, ucałował go w czoło i wręczył mu ciężki mieszek złota. Był teraz bogaty, bohater wojenny, odznaczony orderami, otrzymał też sporo ziemi za swe zasługi. Osiadł w chacie ze swoim ojcem. Z poczucia obowiązku, a może z resztek synowskiej miłości pomógł mu doprowadzić dom do porządku, dobudować zagrodę, kupić inwentarz. Uśmiech znów zagościł na twarzy ojca, ale w jego oczach widać było smutek, mężczyzna, który wrócił do jego domu zachowywał się jak jego syn, przypominał jego syna, ale nie był to jego syn.
Marric każdego dnia się okłamywał. Rosnąca siła? Taak, to kwestia odpoczynku, tego, że może się najeść do syta. Słońce coraz bardziej rażące go w oczy, sprawiające mu lekki, piekący ból gdy było w zenicie? Lato przecież jest, przez tyle lat noszenia zbroi można się odzwyczaić.
Dziwny, nieokreślony głód? Hmm. Gdy na gospodarstwie zabijał kury, owce, woń krwi uderzała go w nozdrza, wywoływała drżenie, mięśnie się napinały, pulsowały skronie. To był głód krwi.
Pewnego wieczoru, spożywał razem z ojcem wieczerzę. Krwisty udziec barani, ach jak mu smakował. Ale ilość krwi w nim zawarta, nie była w stanie nawet w części zaspokoić jego miesiącami narastającego pragnienia. Jedli z ojcem w ciszy, coraz rzadziej się do siebie odzywali.
Gdy Marric pochłonął całą swą porcję, jego nozdrza się rozszerzyły. Pociągnął nosem, słodki zapach, nie była to krew barania, podniósł wzrok znad talerza i spojrzał na ojca. Nie była to krew barania. Zacisnął dłonie na blacie stołu, zbielały mu kłykcie, drewno ustępowało pod palcami, pękało.
- S-synu? Co robisz? - Zapytał zaniepokojony ojciec. Spojrzał Marricowi w oczy i przeraził się. Tak, z całą pewnością nie był to jego syn. Patrzyły na niego oczy wilka, wygłodniałe oczy bestii.
- Marric… - Nie zdążył rzec nic więcej, wampir rzucił się na niego przez stół i wpił się w szyję. Poczuł przyjemność wielokroć potężniejszą od orgazmu, ciepło, ukojenie rozlewało się w jego ciele, ten nieznośny głód ucichł. Gdy skończył jego ojciec przypominał zmumifikowane zwłoki, był doszczętnie wysuszony. Zawahał się. Poczuł dziwne ukłucie, gdzieś w okolicach serca. Wstał, podszedł do drzwi i spojrzał jeszcze raz na resztki swojego ojca. Z oka spłynęła mu łza, żłobiąc piekący ślad na jego twarzy. Nie starł jej. To miała być ostatnia łza w jego życiu.
Odwrócił się od ojca, chaty i odszedł. Odszedł w dal, zostawiając za sobą wieś, sąsiadów, majątek, a nawet imię. Odszedł porzucając dawnego siebie.




Rozdział II
Wampir


Minęły lata. Przelana krew dawno wsiąknęła w ziemię, która teraz rozkwitła, chabry, maki, zboża, leśne kwiaty. Natura odżyła, bogactwo zwierzyny leśnej, owoców.
Ludzie powoli zaczynali gospodarować na ziemiach zabranych elfom. Powstawały nowe wsie, obsiewano pola, karczowano lasy.
Była to era rozkwitu. Człowiek, tak jak dawniej elf wziął we władanie świat.
A co się stało z dawnymi panami? Niewielu z nich zostało, część uciekła do odległych krain, niektórym udało się zasymilować. Brzmi dziwnie? Wracający z wojny żołnierze brali ze sobą elfie kobiety, były one piękne, to im trzeba przyznać. Niedobitki ze spalonych miast, którym udało się przeżyć, nie mając innego wyjścia, ruszyli w kierunku osad ludzkich. Część została zabita, a część, gdy trafiła na włodarzy o dobrym sercu przyjęta, nakarmiona. Osiadali pośród ludzi, uczyli się języka i starali się przetrwać. Zraniona duma niesamowicie bolała, lecz Ci dla których duma była ważna już dawno nie żyli.
Mapa świata pokrywała się punkcikami, liniami, powstawały miasta, trakty, szlaki handlowe. Kraina ożyła. Umarło pokolenie, które pamiętało czasy wojen, umarły też ich dzieci.
Ludzie powoli rozwijali cywilizację, powstawać zaczęły uniwersytety, akademie sztuk pięknych, rozkwitała sztuka, poezja. Twórcy często nieświadomie wzorowali się na osiągnięciach elfów.
A jeśli chodzi o dawne zgliszcza, ruiny miast... Pokrył je mech, porosły drzewa, leżały zapomniane, zatopione w gęstych kniejach czekając aż archeolodzy, podróżnicy będą powoli odkopywać ślady przeszłości, obudzą duchy dawnych dni.

A co się stało z Marriciem? Sam biorąc udział w polowaniach na wampiry, wiedział jaki czeka go los jeśli zostanie pośród ludzi. Odszedł na północ, daleko od ludzkich siedzib. Zaszył się na wyżynach. Był to nieprzyjazny teren, wysokie, sękate, wykrzywione przez czas drzewa, chłód, niebo przez większość czasu pokryte gęstą warstwą chmur. Ani elfy dawniej, ani ludzie dziś nie zainteresowali się tymi ziemiami. Zostawili je na pastwę zwierząt, dzikich stworzeń, różnej maści banitów.
Ale to co nieprzyjazne dla innych dla niego stało się nowym domem, bezpieczną przystanią. Przez prawie dwa wieki mieszkał w jaskini, kompleksie jaskiń ciągnących się u podnóży gór. Polował na zwierzęta, żywił się ich krwią. Ale przez te dwa wieki samotności zdziczał. Sam stał się czymś co bardziej przypomina bestię niż rozumną istotę. Ubranie w strzępach, długie, plątające się włosy, błędne spojrzenie. Napędzało go jedno – zew krwi. Polował gdy czuł głód, spał gdy był najedzony. I tak mijały lata, lata jego przymusowego wygnania.

A co z wampirami? Przepadły, odeszły? Tak się ludziom wydawało. Tak się jednak nie stało. Niedobitki, które przetrwały pogrom ukryły się, zaszyły się w odstępach leśnych, górach, podobnie jak Marric.
Ale nie wszystkie wybrały zwierzęcy los. Kilka osobników postanowiło się zasymilować. Zamieszkali wśród ludzi, co jakiś czas zmieniali miejsce zamieszkania. Ludzka krew była znacznie smaczniejsza, pożywniejsza od zwierzęcej.
Jeden spośród nich, Najstarszy, tak go nazywali, postanowił zebrać swych rozsianych po świecie braci, wyrwać ich z nędznego losu i pokazać, że w tym świecie można żyć. Można żyć obok ludzi! I tak oto wyruszył on w mającą trwać ponad sto lat podróż. Nie było łatwe odnaleźć zaszytego w leśnych ostępach wampira, był on ostrożny, podświadomie czuł, że trzeba się ukrywać, nie zostawiał za sobą zbyt wielu śladów. Mimo to, Najstarszy nie ustawał w poszukiwaniach. Znalazłszy wampira musiał z nim walczyć, musiał go obezwładnić, musiał przywrócić mu zmysły rozumnej istoty, wyrwać jego świadomość z okowów bestii. Tak też starał się czynić, niestety większość zdziczałych wampirów była nie do uratowania. Nie zostało w nich nic z ludzi.
Przez ostatnie parę miesięcy szedł tropem niebezpiecznego osobnika, było to u podnóża Gór Sinych.
Nie zostawiał on po sobie prawie żadnych śladów. Prawie. Z rzadka strzęp materiału, a to dla niesamowitego wampirzego węchu było wystarczające. Tak Najstarszy kluczył w poszukiwaniu swego brata, zbliżał się powoli do jego kryjówki.
Wampir ów również czuł istotę do siebie podobną grasującą po okolicy, czuł strach, strach oraz zwierzęcą wściekłość. Coś zjadało JEGO zwierzynę, grasowało po JEGO terenach łownych. Pewnej nocy przypuścił atak, rzucił się na Najstarszego. Ten spodziewał się tego, wiedział, że zaszczute zwierzę zawsze ucieknie się do ataku. Po krótkiej walce przegonił wampira. Rożnica w sile była niezaprzeczalna, Najstarszy – żywiący się przez dwieście lat ludzką krwią, wytrenowany, potężnej postury, oraz Marric – przyzwyczajony do zwierzęcej juchy, przygarbiony, wychudzony, dziki.
Najstarszy odkrył kryjówkę swego brata, wszedł do środka gdy ten był na polowaniu. Obraz, który zastał nie zdziwił go. Legowisko z fragmentów zwierzęcych ciał, brud, chaos. Rzucone w kąt miecz, skórzany kaftan i torba. Pochylił się nad nią, znajdowała się tam stara, zniszczona księga.
Wziął ją w dłoń, starł grubą warstwę kurzu na okładce i otwarł. Pociągnął nosem, wampir się zbliżał, nie biegł pędem, ale powoli i czujnie zbliżał się do swej nory. Najstarszy czuł, że zwierz się boi, wie, że ma przed sobą silniejszego przeciwnika.
Chcąc umilić sobie czas czekając na brata zaczął czytać. Czytał na głos.
„Powiadają, że w czasach przed Stworzeniem był
pośród Sylfów tancerz, który kunsztem nie miał sobie równych we wszystkich Wszechświatach.
Telto, Matka Demonów, dowiedziawszy się o tym, sprowadziła go do swego pałacu, aby zabawiać zmysły jego popisami.”

Zamyślił się. Była to poezja, dziwny wybór. Kontynuował czytanie.
“Jednakże po niedługim czasie tancerz zatęsknił za Podniebną Krainą oraz bliskimi, z którymi zmuszony był się rozstać, i potajemnie opuścił dominium Telto.”
Zbliżający się wampir, tak jak każdy przedstawiciel gatunku miał dobry, wyśmienity wręcz słuch. Kroczył na czterech łapach i nasłuchiwał powoli zbliżając się do nory.
Usłyszał coś znajomego, coś czego nie był w stanie pojąć. Zawarczał, wstrząsnął głową, jego ciało zadrżało.
„Matka Demonów, wpadła w wielki gniew, rozkazała pojmać uciekiniera i odrąbać mu nogi, aby przed nikim innym nie tańczył ten, który ośmielił wzgardzić jej łaskami.
Sława tancerza nie zgasła jednak.”

Wraz ze zmniejszającym się dystansem głos wzmagał się, słyszał, czuł coraz wyraźniej.
Zaczął rozumieć słowa! Gniew, uciekinier, nogi. Rozumiał! Pojmował znaczenie. Czuł się jak dziecko, które się uczy, ale uczy się z niesamowitą szybkością.
„Przeciwnie, nawet w odległych chwalono i podziwiano jego sztukę.
Telto, sądząc, że jej rozkaz nie został wykonany, posłała siepaczy, aby zgładzili sylfa i ostatecznie zakończyli tę upokarzającą dla niej sytuację.”

A słowa brzmiały w jego głowie. Wstał na dwie nogi, dalej czujnie zbliżając się do jaskini. Zastanawiał się, kto może się tam znajdować. Werbalizował swoje myśli – pierwszy raz od ponad stu lat.
Stanął u wejścia, zobaczył postawnego mężczyznę, w zadbanym ubraniu, stojącego prosto, z uniesioną głową, trzymającego w dłoniach otwartą, potężnie nadgryzioną zębem czasu księgę.
„Ku swemu zdziwieniu ujrzeli leżącego w łożu kalekę, ruchami dłoni ożywiał papierową lalkę w stroju tancerza.
Nim zginął pod ciosami mieczy, miał ponoć rzec: "Zabierzcie moje życie, skoro niczego więcej nie potraficie mi zabrać".

- K-kim jesteś? - Gardłowy głos, przypominający bardziej skrzek niż mowę ludzką wydobył się z ust słuchacza.
- Oho! Nie sądziłem, że będzie to miało na Ciebie tak potężny wpływ. Nie ważne jak mam na imię. Jestem tu aby wyrwać Cię z tej dziczy, odrętwienia. - Powiedział potężny, pewny siebie głos. Mężczyzna w głębi jaskini zamknął książkę i obrócił się w stronę wejścia, zmierzył wzrokiem wampira, który prezentował się nad wyraz żałośnie.
- D-dlaczego? - Kolejne pytanie, brzmiące jak pocierane o siebie kamienie. Nie rozumiał, umysł był nadal zamglony. Myśli kłębiły się w głowie.
- Jestem tu by zaprosić Cię do swojej rodziny. - Rzekł Najstarszy, podszedł do swego brata i objął go.
- Paimon. Nazwę Cię Paimon. - Wyszeptał wampirowi do ucha.

Od tamtego spotkania minęło pięćset lat. Paimon przywykł do nowego życia.
Długie czarne włosy ozdobione kilkoma srebrnymi pasmami, pozostałość po ludzkim życiu. Blada skóra, wystające kości policzkowe. Jeszcze bardziej zapadnięte oczy, metaliczne spojrzenie bez krzty ciepła. Był chudszy niż za ludzkich czasów, był chudszy ale wiele, wiele silniejszy. Ubierał się w zakrywające ubrania, długie koszule, płaszcz z kapturem. Za dnia jeśli zmuszony był przebywać na zewnątrz, to tylko zamaskowany, ukryty przed promieniami słońca. Gdy ktoś nieostrożny pytał o ubiór, tłumaczył to różnie, chorobą skóry, brzydotą, ale przeważnie spoglądał swym budzącym grozę wzrokiem i nie musiał mówić nic.
Bycie wampirem zmieniło go, wyzbył się resztek człowieczeństwa. Nie miał żadnych oporów przed zadawaniem bólu, cierpienia, czasami nawet sprawiało mu to przyjemność. Widzieć matkę trzymającą w ramionach bezgłowe truchło swego dziecka, przyglądać się kochankom, jak jedno stara się włożyć z powrotem wypływające z brzucha drugiego flaki, to był ciekawy widok.
Często zmieniał miejsce zamieszkania, nie dało się nie wzbudzając podejrzeń, nie starzejąc, tkwić w jednym mieście przez więcej niż dziesięć, piętnaście lat. Zwiedził świat, zasmakował w ludzkiej krwi, jeśli tylko miał człowieka pod ręką to nie tykał się zwierzęcej.
Za sprawą Najstarszego dołączył do wampirzego klanu, który liczył sobie kilkudziesięciu członków, byli ze sobą raczej luźno związani. Między tymi stworzeniami nie istniały prawdziwe rodzinne więzi, łączyły je raczej wspólne interesy, możliwość otrzymania pomocy. Wyjątkiem był Najstarszy, o nim można powiedzieć, że szczerze był przywiązany do swych braci i sióstr. Zginął w pojedynku jakiś czas temu, od tamtej pory Paimon nie widywał się już z współbraćmi.
Wyruszył przed siebie, był najemnikiem, skrytobójcą, panem, łowcą. Przysiągł sobie jedno, już nigdy, ale to nigdy nie stanie się znowu ofiarą.