Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Coen Coathers (ID: 124)


  • Ranga: Mieszkaniec
  • Poziom: 23
  • Wiek: 2361
  • Rasa: Człowiek
  • Klasa: Rzemieślnik
  • Specjalizacja: Górnik
  • Charakter: Neutralny
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:

Dzień chylił się ku upadkowi. Pomarańczowa łuna, odbita od chmur, ostatkiem sił oświetlała wąski, kręty trakt. Wiatr ustąpił jakiś czas temu i wszystkie płatki śniegu, wirujące do tej pory w powietrzu, zdążyły opaść, tworząc świeżą warstwę skrzypiącego puchu. Mróz smagał policzki i dręczył palce, zaciśnięte kurczowo na skórzanych wodzach.
Było zimno. Kurewsko zimno.
Coen naciągnął mocniej kaptur zniszczonego płaszcza, poganiając nieznacznie Kła. Ten parsknęła z widocznym niezadowoleniem, z trudem młócąc coraz to głębsza warstwę zmarzniętej wody.
-Już niedaleko.
Mruknął, nie wiadomo czy do zwierzęcia czy chcąc pokrzepić samego siebie.
Przez większość drogi zastanawiał się bowiem, co dalej. Co, gdy uda im się pokonać Dzikie ziemie
Wstrzymał konia, gdy dotarli na szczyt Czarnej Grani. Jednego z najwyższych wypiętrzeń całego pasma, łącznie z Car H'aerin.
Najemnik poprawił się w siodle, spoglądając przez ramię. Ciemna sylwetka drugiego jeźdźca snuła się w ślad za nim. Chwile zajęło, nim zrównali się.
Stali tak w milczeniu, przerywanym co jakiś czas przez parsknięcie jednego z koni. Oboje spoglądając na krajobraz, roztaczający się po drugiej stronie wzgórza.
-Dobrze, że jesteś tu ze mną. [/b[- Mruknął Coen, pochylając nieznacznie w siodle i opierając przedramieniem o łęk. - Niebawem będziemy na miejscu.

-Najwyższa pora. Już dupy nie czuje od tego siodła. Chyba przymarzły mi do siebie pośladki.
Warknął stary przemytnik, spoglądając na pochylonego w siodle Coena. Zmierzył go przyjaznym spojrzeniem, kiwając przy tym na boki głową. Zastanawiał się, skąd w nim tyle samozaparcia i uporu.
-Mam tylko nadzieję, że masz dobre przeczucie co do tych ziem. Też mam dość tułaczki, ale jeśli ciągniesz mnie przez to pieprzone lodowe cmentarzysko tylko po to, by za kilka dni znów kulbaczyć konie, to sam będziesz niósł mojego rumaka na plecach.
Dodał po chwili, poprawiając pod szyją poły grubego płaszcza. Pojedyncze podmuchy wiatru wdzierały się w każda szczelinę, przeszywając ciało zimnym dreszczem. Adern poklepał rdzawego konia po szyi i przekręcił się nieznacznie w siodle.
-Myślisz, że się uda?
-Oby. - Mruknął Coen i ruszyli dalej.


W końcu prószący snieg ustąpiły miejsca siąpiącemu deszczu. Górskie szlaki zmieniły się w spowite zmrożonym gdzieniegdzie błotem trakty.



9 Cresaima 4370 rok

Adern przyklęknął na kolano, palcem szturchając policzek głowy, która odcięta od tułowia, zanurzona była nosem w sporej wielkości kałuży gówna i błota. -Sądząc po pogodzie, to leżą tu od wczoraj.- Mruknął, spoglądając z dołu na przyjaciela. Coen splótł dłonie na piersi, spoglądając surowo na pozostałe ciała.
-Dłużej. Kruki zdążyły dobrać się do trzewi.



Widział ich.
Wszystkich.
Przemykali traktami. Po wzgórzach.
Brukając tą ziemię swoim niewdzięcznym jestestwem. Ziemi, która nie należała do nich.
Zupełnie jak tamten.
Ale on już skończył. Pochłonęła go ziemia, której nie uszanował. Tak było zawsze.

Nie wiedzieli. Nie mogli wiedzieć. I choć widzieli mrok, ten tak cudownie skrywał wszystkie cienie, przemykające bezdźwięcznie.
Widzieli ale niezauważali.


Ziemia pachnie krwią
Źdźbła kładą się po sobie
Pamięć zbrukana żądzą
Niepokój mąci w grobie.
Mrok skrywa prawdę
Prawdę zbrukanej niewinności
Pochłonęła go ziemia
Nie zaznasz litości



Kruk.
Czarny niczym noc.
Był taki piękny... Szczególnie ze złamanym dziobem, którym to zwykł wydziobywać oczy poległym.
Sam też nie miał oczu. Nie zasługiwał na nie. Trzeba było je wydłubać.
Wydłubać, zanim zawiśnie tam, gdzie również nie szanują tradycji.
Tuż nad słowami, wyskrobanymi paznokciem na sosnowym pniu.



Słońce powoli znikało za horyzontem, zaglądając coraz śmielej do izb przez drewniane okiennice. W promieniach, którym udało się wedrzeć do środka, widać było wirujące pyłki kurzu, które pływały leniwie w powietrzu, smagane każdym, nawet najdelikatniejszym podmuchem. Ciszy w posiadłości nie mącił żaden dźwięk.
Do czasu...
Pukanie do drzwi była na tyle donośne, by wybudzić najemnika z głębokiego snu. Cahir podniósł się niechętnie, siadając na krawędzi siennika. Westchnął przy tym pod nosem. -Chwila! Warknął, ukrywając twarz w dłoniach. Po chwili przetarł leniwie oczy, próbując zmobilizować je do otwarcia. Te jednak uparcie stawiały na swoim. Zebrał się w sobie w końcu, podnosząc gołą dupę z łóżka. Podszedł do krzesła i chwycił przewieszony przez oparcie ręcznik. Przepasał się nim w tali, zasłaniając to, czego goniec widzieć nie powinien. Kolejne pukanie rozbrzmiało w chwili, gdy Coathers nacisnął na klamkę drzwi.
-Co się tak pieklisz do kurwy! Przecież mówię, że idę. Młodzieniec zamarł, chowając rękę za plecy. Zmierzył półnagiego mężczyznę speszonym spojrzeniem.
-Pppproszę wybaczyć Panie Coathers. Plakaty rozwieszone we wszystkich portowych tawernach oraz pracowniach szkutniczych... tak jak Pan kazał. Dodatkowo Pan Adern przekazuje, że wóz z zaopatrzeniem przybędzie jeszcze przed zmrokiem. Najemnik zmierzył wyrostka surowym spojrzeniem.... No jasne. Pergaminy. Już prawie zapomniał, że wysłał go rano, by rozpuścił wici o kolejnych zaciągnięciach na statek. -A tak. Bardzo dobrze Svein.... Mruknął, cofając się o krok i rozglądając po izbie rozleniwionym spojrzeniem. Nie wiele myśląc, chwycił butelkę wódki stojącą na niewielkim kredensie i wepchnął ją w ręce chłopaka. -Masz i zmykaj. Dodał i nie czekając na odpowiedź, zamknął drzwi do izby. Oparł się o nie plecami i przymknął oczy. Przez zmrużone powieki obserwował ją. Smukły krztałt, rysujący się tuż pod samą pościelą. Miejscami, spod wzburzonego materiału, wymykał się kawałek srebrzystej skóry. Uśmiechnął się pod nosem.
Westchnął leniwie, podrywając się z miejsca. "Oby staruszek nie nawalił" - przemknęło mu gdzieś z tyłu głowy. Mężczyzna przeciągnął się, chwycił czystą, sznurowaną pod szyją koszulę i skórzane spodnie. Przerzucił przez ramię jeździeckie buty po czym ruszył cicho w kierunku łaźni.