Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Shagatai (ID: 1399)


  • Ranga: Mieszkaniec
  • Poziom: 246
  • Wiek: 304
  • Rasa: Jaszczuroczłek
  • Klasa: Łowca
  • Charakter: Neutralny
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:

Imię: Shagatai
Wiek: 37
Wzrost: 192
Waga: 107 kg
Profesja: Łowca Nagród, Najemnik
Charakter: Honorowy, Cyniczny, Profesjonalista


Rozdział I - Początek


Obudził się z krzykiem po środku lasu. Pierwsze tchnienie niczym nowo narodzonego niemowlęcia rozbrzmiało echem po kniei. Potworny ból rozsadzał mu czaszkę. Z niewyobrażalnym trudem przewrócił się na bok wydając rozpaczliwy gardłowy ryk. Czuł, że coś się w nim urwało, cały Jego potencjał i wewnętrzna magiczna energia, którą emanował odkąd pamiętał, przepadły. Niebo przecięła błyskawica a rzęsisty, drobny deszcz momentalnie przerodził się w gęstą ulewę. Zimne krople spływające po ciele okazały się zbawienną ulgą dla leżącej, skulonej istoty. Rozchyliwszy lekko usta łapczywie je połykał rozkoszując się odrobiną wilgoci. Okropne pragnienie i metaliczny posmak powoli znikały, lecz ten wysiłek kosztował go bardzo dużo. Zapadł w sen...
Obudziło go uderzenie pioruna, wyglądało na to, że znalazł się w samym środku potężnej burzy. Było już zupełnie ciemno, lecz co rusz nocne niebo przeszywały błyskawice. Po raz pierwszy przez Jego głowę przebiegła myśl, co się z nim stało, gdzie się znajduje. Ulewa spowodowała, że był przemoczony i zziębnięty do szpiku kości, lecz miało to i swoje dobre strony. Gorączka została zbita a ból nieco zelżał. Łowca rozprostował zgrabiałe palce i podczołgał się pod rozłożysty krzew zapewniający jako taką ochronę, chcąc przeczekać burzę. Przypadkowo ręką wymacał rosnące wokół jagody i wkrótce ponownie zasnął, tym razem syty po najlepszym posiłku w swym życiu.
Rankiem, choć wciąż mocno osłabiony postanowił ruszyć się z miejsca. Nie wiedział co też los mu zgotował, ale był przygotowany ponieść konsekwencje swych czynów. Nie czuł na sobie już demonicznego znamienia, Jego umysł był czysty, niemal jałowy. Wydarzenia, których jeszcze niedawno był uczestnikiem wydawały mu się teraz pozbawione sensu i znaczenia. Po tych wszystkich latach był znowu panem swojego życia. Ta myśl napawała go otuchą. To tak jakby bogowie, których do tej pory przeklinał, dali mu drugą szansę. Tak rozmyślając doszedł do drogowskazu wskazującego północny szlak.
Sith??   - Uśmiechnął się pod nosem. Czyżby przeniósł się między światami ?? Umarł i narodził się na nowo?? Postanowił, tym razem nie zmarnować tej szansy i wolno ruszył ku nieznanemu.


Rozdział II - Życie i Śmierć


"Przyszłość ma wiele imion. Dla słabych ma imię niemożliwe, dla nieśmiałych — nieznane, myślący i walczący nazywa ją ideałem"

Czym jest kres życia ??
Pomyśl o życiu jak o ołówku, coraz bardziej tępym, którym w końcu nie można już nic narysować. Wtedy nadchodzi śmierć i jeżeli masz szczęście, zyskujesz tyle czasu, zanim stanie się najgorsze, by jeszcze przemyśleć wiele rzeczy i poukładać je na właściwych miejscach. Zupełnie tak jakbyś ostrzył ołówek, by go ponownie użyć.
W czasach, zbyt odległych by je pamiętać, zrobiłem coś bardzo lekkomyślnego. Zszedłem do miejsca zwanego wówczas nie bez kozery Piekielną Czeluścią i rzuciłem wyzwanie jego… gospodarzowi. Jednak nie zrobiłem tego w wyniku wrodzonego altruizmu, bohaterskiego zrywu, czy szlachetnych pobudek, lecz miałem zamiar zająć Jego miejsce. Zanim zaczniesz mnie osądzać , zastanów się któryż mag w głębi ducha nie marzył kiedyś o tym, aby stać się istotą, na której skinienie i grymas powstają i upadają całe narody. A dysponowałem wówczas potężną, magiczną mocą pozwalającą wierzyć w urzeczywistnienie tego celu. Moje plany nie powiodły się jednak. Racje mają osoby, które twierdzą, że nic nie dostrzegają Ci, którzy mają ambicję posiąść wszystko. Nie wdając się w szczegóły powiem, że Ci, którzy wytykali mi wówczas arogancje i dumę mieli całkowitą rację. Próbowałem uciec, gdy tylko pojąłem, że zderzyłem się z murem, którego nie byłem w stanie przebić, lecz było już za późno. Walka w piekielnych czeluściach była ostatnią rzeczą, jakiej doświadczyłem.

Cóż mogę powiedzieć o śmierci.?? Przeważnie bywa smutnym odkupieniem, głębokim snem, odpoczynkiem po długiej wędrówce życia. Pod warunkiem, że nie jest się świadom tego że się nie żyje, jakkolwiek by to dziwnie zabrzmiało. Wtedy bowiem, śmierć staje się przerażającym i okrutnym żartem. I tak też było w moim przypadku. Drżąca ręka odmawia mi posłuszeństwa a na plecach czuje przeszywający zimny dreszcz, gdy próbuje wracać wspomnieniami do tamtego okresu. Choć wiem, że żadne słowa nie oddadzą stanu w jakim się znalazłem, spróbuje jak najprościej go opisać. Pogrzebana została żywcem świadomość istoty, jaką wcześniej byłem. Wokół ciemność, pustka i jedyna rzecz, odróżniająca mnie od zmarłych to towarzystwo własnych myśli. Na początku panika i próba ocknięcia się za wszelką cenę z otaczającego koszmaru, następnie poczucie przerażającej bezsilności, a po czasie mogącym być równie dobrze wiecznością, pogodzenie się z losem i zatarcie różnic pomiędzy rzeczywistością a jawą. Nie potrafię określić jak długo trwałem w tym stanie i dlaczego nie postradałem zmysłów. Być może było to elementem mej kary i pokuty.
Myślę że, wspomnienia dawnego życia stanowiły również kotwicę nie pozwalającą mi popaść w obłęd. A miałem na to mnóstwo czasu. Potrafiłem w pamięci odtworzyć każdy zakątek, każde miejsce, jakie kiedykolwiek wcześniej odwiedziłem. Przypominałem sobie smaki potraw, kolory kwiatów, twarze bliskich osób.
I niespodziewanie, pewnego razu zdarzyło się coś, co niemal przywróciło mnie życiu. Gdy odtwarzałem w myśli wschód słońca… poczułem ciepło. Czy masz pojęcie, co to dla mnie znaczyło w miejscu w jakim się znalazłem?? To cudowne uczucie dawało mi nadzieje na powrót do świata. Przez następny, trudny do sprecyzowania okres, ćwiczyłem budowanie obrazu świata w jakim niegdyś żyłem, ciesząc się z kolejnych sukcesów jak plamki światła czy chwilowe zarysy kształtów. Otchłań wokół mnie stawała się powoli odbiciem świata, jaki znałem i wreszcie pękła jak otaczająca mnie bańka. Wypluła dając drugą szanse, w gadziej, łuskowatej postaci, w której się obecnie znajduje. Najważniejsze, że udało się. W końcu trafiłem z powrotem do świata żywych… choć, los ponownie ze mnie zadrwił. Udało mi się odtworzyć miejsce, lecz nie czas i swą postać a świat jaki znałem dawno przestał mieć znaczenie albo jeszcze nie nadszedł. I tak nie jest źle, gdy uświadomiłem sobie, że mogłem tu trafić jeszcze przed przybyciem starszych ras i patrzeć jak przodkowie ludzi skaczą po drzewach, próbując wskrzesić ogień i ciesząc się ze swojego przeciwstawnego kciuka. A może właśnie tyle czasu spędziłem trwając w niebycie?? Pewnie nigdy się tego nie dowiem…