Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Cobra von Muerte (ID: 328)


  • Ranga: Mieszkaniec
  • Poziom: 189
  • Wiek: 912
  • Rasa: Człowiek
  • Klasa: Rzemieślnik
  • Specjalizacja: Drwal
  • Charakter: Neutralny
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:



Cobra




Wydarzenie:
Data: 15.07.2015, 14:18
Klan Tallamaris przyjął twoją kandydaturę.




CO?


Historia ta wydarzyła się w innej rzeczywistości...


Każdy ma jakieś hobby, prawda? Coś, czym się zajmuje, gdy nie ma nic konkretnego do roboty, albo co sprawia przyjemność. To nie tak, że posiadanie zainteresowań było wyłącznie domeną istot z krwi i kości, wszak ona też je miała, a mimo jak najbardziej żywej powłoki cielesnej, ciężko było nazwać ją człowiekiem. Rissheorath, Risa była kolekcjonerką, lubiła odnajdywać i zbierać przedmioty, które mogły zadać śmierć. Teoretycznie wszystko może do tego posłużyć: kamień, nóż, nawet korzeń, który wystaje w niefortunnym miejscu. Jednak ją nie interesowały przeciętne i przypadkowe, a stworzone z tą myślą i przeznaczone tylko do jednego celu. Na dodatek musiały wpasowywać się w jej gusta estetyczne, co nierzadko było sztuką samą w sobie. Risa potrafiła być istnym utrapieniem, jeśli czegoś szukała, a i trudno było ją zadowolić.

W każdym razie tego dnia podążała bezmyślnie ulicami miasta, nie szukając niczego konkretnego. Oczywiście była w podłym nastroju, ale to akurat leżało u podstaw jej demonicznej natury. Świat, w którym przyszło jej egzystować był brudny i śmierdzący, pełen wszelkiego plugastwa, podczas gdy ją pociągała czystość. Czystość, którą pragnęła zabrudzić sama, własnymi rękoma. Tymczasem miejsce to było już na tyle zanieczyszczone, że czystość i niewinność pod jakąkolwiek postacią już niemal nie istniały. A ta świadomość wprawiała ją w jeszcze podlejszy nastrój. Więc aby ów nastrój sobie nieco poprawić, postanowiła wstąpić do mijanego właśnie warsztatu, który pojawił się na jej drodze niczym szczęśliwe zrządzenie losu. Może nowy łuk mógł okazać się receptą na chandrę demona?

Weszła do środka trochę niepewnie. Warsztaty, mimo mnogości interesujących dóbr, zwykle miały jedną wadę – były brudne ponad wszelką miarę, a ona, będąc nieprawdopodobną pedantką, znosiła to ciężko. Kurz, czy pył osiadający na jej śnieżnobiałej koszuli albo długich butach doprowadzał ją do szewskiej pasji, o ubrudzeniu spodni, czy kamizelki, która ściśle obejmowała zgrabny tors używanego ciała, nie wspominając. Co ciekawe, pedantyzm nie sięgał jedynie ciemnych, mahoniowych włosów, które zwykle układały się w stylowy, artystyczny nieład.


|

Warsztat nie posiadał dzwonka, ani żadnego systemu oznajmiającego właścicielowi, że klient wszedł.

Jak się okazało warsztat sam w sobie był zapewne podzielony na dwie części, gdyż ta pierwsza zaraz za drzwiami wejściowymi była niczym mały schludny i zadbany sklepik.

Na wprost od wejścia stała kamienna, przeszklona lada wystawowa, na której można było podziwiać groty strzał i próbki drewien do wyrobu łuków, kusz czy zwykłych ozdób typu ramy do obrazów. Drewno wszak pięknie kontrastowało leżąc na kamieniu. Na ścianie tuż za ladą wisiało kilka łuków, a na ścianach bocznych, na małych żeliwnych wieszakach, wisiały starannie posegregowane strzały w skórzanych kołczanach.

Światło przebijające się przez okno padało na lekko uchylone drzwi za którymi było słychać odgłosy hebla, którym pewnie posługiwał się właśnie fleczer. Były to drzwi do pracowni.


|

Weszła. Rozejrzała się. Przemknęło jej przez głowę, że mogłaby wziąć co jej się podoba i pójść, nie kłopocząc właściciela swoją obecnością nawet, ot taka mogłaby być dobra. Ale nie była. Niespiesznie i nie wydając żadnych niepotrzebnych dźwięków obeszła sklep dookoła, oglądając wystawione przedmioty. Zaczynało jej się podobać to, co widziała. Z doświadczenia wiedziała, że najlepsze sztuki zwykle nie leżą na ladzie, a pod nią, choć owe „pod ladą” zwykle było stwierdzeniem umownym.

Jako, że i po chwili nikt nie pokwapił się, by potencjalnego klienta powitać, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i przywitać właściciela. Z niepokojącym uśmiechem na bladej twarzy minęła ladę i ruszyła ku otwartym drzwiom, zza których dochodziły dźwięki pracy. Otworzyła je bardziej i zatrzymując się w progu zastukała w futrynę, w ten sposób próbując zwrócić na siebie uwagę rzemieślnika.


|

W pomieszczeniu przypominającym raczej biuro stał duży dębowy stół, a na nim wiele różnych dłut i hebli, a także imadło i inne narzędzia niezbędne rzemieślnikowi do pracy jako fleczer. W pomieszczeniu było jasno dzięki sporym jak na zwykłe standardy dwóm oknom, które miały po dobre sześć stóp szerokości i cztery wysokości, przez co zajmowały niemalże całą ścianę.

Przy stole stał fotel bujany, który, jak to się okazało, wydawał dźwięki jakby kto heblował. Właściciel przybytku smacznie sobie drzemał z fajką w dłoni, bujając się nań.


|

- Ludzie... – szepnęła, przewracając oczami, gdy tylko dotarło do niej, że uwagę tego rzemieślnika będzie musiała zdobyć inaczej. Siłą, na przykład. Opcjonalnie mogła też zagrać rolę księcia z bajki i zbudzić księżniczkę pocałunkiem, ale... Nie słyszała o księżniczkach, które ćmią fajkę. Cóż, może nie dość jeszcze w swoim życiu widziała. Korzystając więc z okazji, że właściciela najwyraźniej niezbyt interesuje, co w jego przybytku się dzieje i to pomieszczenie sobie powoli obeszła, na chwilę zatrzymując się przy jednym z okien. Ogarnąwszy widok, jaki się z niego rozpościerał, wzięła się za budzenie. Opcje były dwie: wrzasnąć do ucha, albo postarać się, by mężczyzna za swą beztroskę odpowiedział lądując na podłodze i zapoznając się z bliska z jej powierzchnią. Wybrała jednak trzecią opcję, która narodziła się z figlarnych zapędów... Korzystając z własnych włosów, a właściwie ich końcówek, posmyrała mężczyznę po nosie, takim słodkim demonem była.

|

Gdy tylko kosmyk jej włosów dotknął jego nosa, ten zaczął niebezpiecznie drżeć. Po chwili mężczyzna kichnął tak mocno, że przechylił się na fotelu zbyt mocno i fiknął koziołka do tyłu bijąc karkiem o posadzkę. - Co do ciężkiego licha się tutaj... - Zabrakło mu głosu gdy podnosił się z ziemi widząc kobietę, która stała tuż obok. Przez chwilę dało się dostrzec lekki rumieniec na jego poliku, by po chwili jego twarz przybrała wyraz profesjonalnego, acz uśmiechniętego handlarza. - W czym mogę służyć nadobnej Pani?

|

Już za same akrobacje, jakie mężczyzna jej zaprezentował, powinna była mu zapłacić i to niemało, bo adekwatnie do wrażeń. A te były niemal niezapomniane. Nie takie rzeczy widziała, ale... Przez grzeczność, bo i demony grzecznością czasem mogły się poszczycić, nie roześmiała się, choć było ciężko się powstrzymać.

- Łuki... - Gestem dłoni wskazała na drzwi. - To dzieła pańskich rąk? Szukam czegoś wyjątkowego i mam przeczucie, że ręce, które stworzyły tamte łuki, mogły dać życie czemuś jeszcze wspanialszemu. - Mówiła niezbyt spiesznie, jakby uważnie dobierając słowa, przy tym niezbyt głośno, dość niskim i ciepłym głosem. Sprawiała wrażenie zupełnie niegroźnej istotki.

|

Oj, pochlebstwa od tak uroczej klienteli to miód na uszy dla każdego rzemieślnika, a tym bardziej dla fleczera zwanego Cobra von Muerte. Ludzie, którzy go znają zwykli mówić mu per Wężu, lecz nie obnosił się aż tak bardzo... No dobrze, nikomu raczej nie umknęło uwadze jego ogromne logo na szyldzie w kształcie węża, a także wzornictwo na swoich wyrobach, na których to uwielbiał rzeźbić łuski.

W ramach odpowiedzi na pytanie kobiety uśmiechnął się i zacierając ręce podszedł do jednej z szaf, które stały przy ścianie prostopadłej do okna. Sięgnął doń i wyciągnął poręczny, krótki łuk, który z daleka było widać błyszczał się od pierwszej klasy impregnatu z koziego rogu, którym to był zabezpieczony. Podał go kobiecie i rzekł
- Krótki łuk kompozytowy. Nie jest to co prawda jeszcze szczyt moich możliwości, ale pewnego dnia uda mi się zrobić coś jeszcze wspanialszego i nawet bardziej wytrzymałego. Mam nadzieję, że się podoba.

|

Właściwie nawet nie musiała brać tego łuku do rąk, by wiedzieć, że chce go mieć. Normalnie zaciągnęłaby mężczyznę na najbliższe podwórze, zgarnęła ze sobą kołczan strzał i strzelała do momentu, w którym zyskałaby pewność, że jest trafiła na coś odpowiedniego. Tym razem nie musiała, bo wiedziała. Co więcej, miała poczucie, że ten człowiek, zwykły, ludzki samiec jest zdolny do stworzenia czegoś więcej, czegoś, co zachwyci nawet demona. Musiała mieć go na oku, musiała być blisko... Ale jak? Zamieszkać w sąsiedztwie i wpadać na herbatkę?

- Biorę - mruknęła pospiesznie, nieco niewyraźnie. Spojrzała na mężczyznę, przygryzając lekko wargę. - Ile? - Mimo iż o cenę pytała, miała niejaką pewność, że przedmiotu z rąk nie wypuści, choćby nie wiadomo jak niebotyczną cenę wymyślił. Jeśli będzie musiała, to nawet zabije... Zaraz, nie zabije. Jak umrze, to nie będzie dalej tworzyć. Ale jakby tak nekromantę...? Wargi kobiety ułożyły się w coś, co przypominało uśmiech i wyjątkowo źle wróżyło.

|

Zauważył, że kobieta bardzo się nad czymś zastanawiała. Ściągnął okulary i zaczął je czyścić. Przetarł rękawem oczy, bo jeszcze dobrze się nie rozbudził, po czym ponownie założył swoje okulary na nos. Gdy usłyszał pytanie kobiety lekko odchrząknął i sięgnął po swoją fajkę, która wypadła mu z ręki, gdy został obudzony z popołudniowej drzemki. Wsunął cybuch między zęby i powiedział odpalając susz z fajki. - Nie mam bladego pojęcia jak możesz mi za ten łuk zapłacić... Dla mnie jest on dziełem sztuki, a dla Ciebie narzędziem, którego potrzebujesz i które to potrafi sprostać Twoim wymaganiom. Powiedzmy, że będzie to prezent ode mnie dla Ciebie. W ramach przyszłej współpracy. - Puścił do niej oko, siadając z powrotem na swoim fotelu.

|

Słysząc jego słowa, doznała olśnienia. Myśl prosta i oczywista, przynajmniej dla właściciela tak pokrętnego umysłu, jak tylko pokrętnym umysł demona być może. Uśmiech z adekwatnego dla przedstawicielki jej rasy zmienił się w słodki, wręcz anielski, taki co to zwiastuje nadejście prośby tak abstrakcyjnej, że aż niemożliwej do spełnienia.

- Niechże będzie więc prezentem ślubnym. Od Ciebie, dla mnie. Oddam Ci za niego moją rękę, bo przyjąć go za nic nie mogę. - Było to oczywiście bzdurą, wszak wcześniej kradzież rozważała, o zabiciu biedaka już nie wspominając, więc teoretycznie powinna teraz obrócić się na pięcie i ruszyć w swoją stronę. Ale to nie wpasowywało się w jej zamiary. Wszak będąc żoną, miałaby wpływ na męża, który nasiąknąwszy jej jadem, wlewałby go następnie w tworzoną przez siebie broń. A to był ledwie wierzchołek góry lodowej...

I w taki oto sposób demon oświadczył się człowiekowi.


|

Cobra niemalże połknął swoją fajkę słysząc co mu zaproponowała. Nie żeby nie lubił kobiet, bo i całkiem niczego sobie była, ale taki pomysł wydawał mu się co najmniej szalony.

- Ale, że tak o? To znaczy, chcesz wziąć ze mną ślub? - Nie wiedział kompletnie co poczynić z tym fantem. Nigdy nie dostał propozycji matrymonialnej w zamian za łuk i to w tak krótkim czasie. - Mówisz to na poważnie? Przecież my się nawet nie znamy...

|

On nie dostał propozycji matrymonialnej w zamian za łuk, a ona nigdy takiej nie składała. W całej swej historii składała całą masę propozycji mniej lub bardziej szalonych, ale takiej jeszcze nie. Nie rozumiała jednak jego wątpliwości. Sama nie musiała mieć powodów, by robić różne rzeczy głupie, czy niebezpieczne (dla otoczenia). Tym bardziej, by wychodzić za mąż i to jeszcze za człowieka. Oczywiście opcja przyrzekania "aż do śmierci" przed kapłanem jakiegoś boga wydawała jej się co najmniej zabawna, niemniej jednak cała sytuacja była... odświeżająca.

Niecierpliwie zacisnęła palce na łęczysku. Przemknęło jej przez głowę, by sięgnąć po najbliżej leżącą strzałę, wycelować jej grot wprost w sam środek jego czoła i zaproponować jeszcze raz. Byłby to idealny sposób na sprawdzenie, czy łuk jest tak dobry, na jaki wygląda. Ale powstrzymała się. Z trudem, ale jednak.


- To się poznamy. Masz żonę? Jeśli nie masz, to nic nie stoi na przeszkodzie. - Ot, i cała logika. - Będę Ci prać, sprzątać, gotować, a Ty będziesz mógł poświęcić cały swój czas i uwagę na stworzenie najidealniejszego łuku, jaki kiedykolwiek powstał. Twoje imię zostanie zapamiętane po wieki, a Twój łuk będzie niedoścignionym wzorem dla każdego fleczera i największym marzeniem każdego strzelca. - Zamilkła na chwilę, by mógł sobie przetrawić jej słowa, o cym jeszcze dodała. - I co Ty na to?

|

Faktycznie, żony nie miał... Nie było to spowodowane ani tym, że jest nie wyględny, a wręcz przeciwnie. Był całkiem przystojny, tylko że na tyle zapracowany, by nie mieć czasu na flirty i inne tego typu głupoty. Ba, nie chodził nawet odprężyć się do zamtuzu, a robił to niemal każdy w tych czasach. Jedna rzecz go tylko zastanawiała. Co ona będzie z tego mieć...

W końcu po jej ostatnich paru zdaniach olśniło go. Ona pragnie tego najlepszego łuku jaki będzie mógł stworzyć.
- Na początku miałem pewne wątpliwości, ale masz rację. Z kolei ja nie mam zbytnio czasu zagajaniem do kogoś innego, by znaleźć drugą połówkę. Twoja propozycja wydaje mi się rozsądna. - Wstał z fotela i podszedł do kobiety po czym wyciągnął rękę w geście sfinalizowania transakcji. A nuż może i związek przetrwa wykonanie legendarnego łuku i wyniknie coś z tego więcej?

|

Podała mu rękę, uśmiechając się przy tym z zadowoleniem. Co prawda kontakt fizyczny, nawet tak niewielki, nieszczególnie jej się uśmiechał, ale nie miała wyboru. Najchętniej najpierw wyjęłaby z kieszeni chusteczkę i dla pewności wytarła nią dłoń mężczyzny, kto wie gdzie ją wcześniej trzymał, jednak... To mogłoby już wydać się aż nazbyt dziwne.

- Nazywam się Risa Avelaar. - Skoro już kwestie formalną mieli za sobą, warto było wspomnieć o czymś tak nieistotnym, jak imię. - Wierzę, że żadne z nas nie będzie żałowało tej decyzji. - Nawet w jej własnych uszach, jej własne słowa zabrzmiały złowieszczo.

|

Fleczer uśmiechnął się lekko i odparł. - Zwą mnie Cobra von Muerte, miło mi Cię poznać Riso Avelaar. - Chwilę podumał nad tym co powiedział i dodał - A raczej moja przyszła żono...


I tak oto zaczęła się ich wspólna przygoda. Demon w ciele powabnej kobiety i, całkiem nieświadomy podpisania paktu z ów demonem, fleczer rasy ludzkiej.