Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Enida Rossetia (ID: 405)


  • Ranga: Mieszkanka
  • Poziom: 247
  • Wiek: 383
  • Rasa: Elf
  • Klasa: Mag
  • Charakter: Zły
  • Płeć: Kobieta


Profil gracza:

Data: 26.11.2018, 20:15
Gracz Garm Rudobrody o ID:745 przekazał(a) Ci chowańca Gnominator 2000.

Data: 26.11.2018, 20:15
Gracz Garm Rudobrody o ID:745 przekazał(a) Ci chowańca Ognisty Bakłażan na małżonka.

Data: 26.11.2018, 20:14
Gracz Garm Rudobrody o ID:745 przekazał(a) Ci chowańca Pluszowy pożeracz słuchawek.

Data: 26.11.2018, 01:15
Gracz Lavier Leviaqueet o ID:291 przekazał(a) Ci chowańca kryształowa róża dla pięknej

Data: 25.11.2018, 19:50
Gracz Wolfgang Mosiężny o ID:762 przekazał(a) Ci chowańca bakłażan na Garma.

Data: 25.11.2018, 19:17
Gracz Nigdyzimer o ID:827 przekazał(a) Ci chowańca BatNaGarma.

Data: 22.11.2018, 22:05
Gracz Enzetel Del Rey o ID:290 przekazał(a) Ci chowańca Różdżka wystrugana z bakłażana.

Data: 20.11.2018, 01:48
Gracz Lavier Leviaqueet o ID:291 przekazał(a) Ci chowańca Bakłazanek.

Data: 15.11.2018, 11:10
Gracz Garm Rudobrody o ID:745 przekazał(a) Ci chowańca Kelpie.




***

Była czarodziejką, była wojowniczką.

Zdawać by się mogło więc, że kobieta taka nieustępliwą i zażartą być musi niczym sławetne, mityczne Amazonki. Ona jednak doskonale znała swoją powinność i rozumiała, że wojna wymaga poświęceń nie tylko ze strony mężów na polu bitwy.....
I pokój również tego wymagał...
W końcu była jedyną córką samego Konsula elfich komand i jednocześnie dowódcy "Komanda Bakłażana" jak nazywali je niektórzy, sławnego ze swoich niekonwencjonalnych i okrutnych metod walki.

Ojciec wrócił do obozu o świcie z podkrążonymi od zmęczenia oczami i twarzą dosyć bladą w świetle budzącego się poranka. Chód jego był jednak jak zwykle energiczny i zarazem dostojny. Niecałą godzinę wcześniej natomiast powrócił jego doradca, który to snuł się po obozie ze spuszczoną głową lecz gdy tylko zauważył zbliżającą się doń Enidę natychmiast wyprostował się i próbował nieco rozjaśnić swoje oblicze.
- O co chodzi? - zapytała cicho.
- Poczekaj do wschodu słońca... On ci wszystko wyjaśni - powiedział tylko tyle i odszedł.

Obserwowała go stojąc na skraju obozowiska jak przechadza się wśród drzew otaczającego ich lasu Lerven. Jego ciemne włosy i ubiór co jakiś czas ukazywały się jej oczom na tle białych pni brzóz, by niebawem znów rozpłynąć się w mroku wciąż jeszcze zalegającym w gęstwinach. Lico miał ponure i pogrążone w głębokiej zadumie. Wreszcie zdecydowała się do niego dołączyć.
- Ojcze... Nie zgodzili się?
- Zgodzili - odparł beznamiętnie.
- Więc? Nie jesteś zadowolony? Chyba właśnie taki obrót zdarzeń planowałeś od dawna? - rzekła lekko zdezorientowana mając przy tym nie najlepsze przeczucia.
Wtedy po raz pierwszy odkąd wrócił z nocnego paktowania spojrzał jej prosto w oczy.
- Wesprą nas w walce - zaczął powoli - użyczą nam całej swojej siły militarnej oraz wsparcia wszystkich swoich rzemieślników, ale... postawili jeden warunek...

Nim doszli do ostatecznego porozumienia słońce stało już wysoko na niebie. Siedziała samotnie, wpatrując się w skaczące po gałęziach drzew wiewiórki. Na jej własną prośbę, ojciec zakazał całemu komandu zakłócania jej spokoju tego dnia.
Czy naprawdę musiała to wszystko robić?
Sądząc po minie ojca jemu również nie było na rękę zacieśnianie wzajemnych relacji z krasnoludami. Wiedziała, że gdyby tylko dostatecznie długo opierała się jego decyzji to odpuściłby jej...nie zawsze był taki bezwzględny i stanowczy.
Jednakże...
finalnie zgodziła się...być może miała w sobie więcej ze swojego ojca niż się spodziewała, niż wszyscy się spodziewali.
Ojciec uspokajał ją i przytulał:
- Wszystko skończy się dobrze moja dziecino, zadbam o to. Nigdy nie zostaniesz sama. Wybacz mi, że muszę cię o to prosić...
- Nie musisz mnie prosić ojcze - przerwała mu - też nie chcę takiego porządku świata, nie chcę zostawić swoim dzieciom świata, w którym nigdy nie znajdą swojego miejsca, w którym nie będą mogły żyć z podniesioną głową, a parszywe gnomy, ludzie...nikt im nie dał prawa nazywać nas szczurami i tak samo jak szczury nas traktować.
- Nie musisz obierać drogi, którą ja dawno temu obrałem gdy..
- Nie muszę...lecz chcę! Nadeszła pora by zapłacili nam...

Była pewna swego, pełna godności, dumy i wewnętrznego żaru pozwalającego jej przetrwać.
Chociaż poświęcenie było wielkie, a ona głeboko w swoim sercu nadal nie wygasiła swych uczuć, którymi niegdyś kogoś darzyła.... pozwoliła założyć sobie na głowę ślubny wieniec.

W końcu była córką swojego ojca i swego ludu.

I była córką wojny.



***

- Tato, gdzie jest mama?
- Mama niedługo wróci, wiesz? Jeszcze trochę cierpliwości. Elfka musi być bardzo cierpliwa i silna - zwykł mawiać.

Najpierw znienawidziła matkę za to, że zostawiła ją bez słowa, a potem ojca za to, że skłamał.
Gwendolyne Rossetia bowiem nie powróciła ani tego dnia, ani następnego, ani żadnego kolejnego, przynajmniej nie w takim stanie jak kiedyś.

Wiele miesięcy później, Enida zła na cały otaczający ją świat, zawzięcie ćwiczyła rzucanie czarów na niewielkiej polanie w granicach obozowiska. W lesie panowała cisza za wyjątkiem ćwierkających od czasu do czasu ptaków, ale delikatne, wyczulone elfie ucho zdołało zarejestrować coś więcej.Od wschodniej strony lasu słychać było zbliżające się konie. Enida automatycznie, odważnie ruszyła w kierunku źródła dzwięku, podkradając się bezszelestnie, tak, jak uczono ją w komandzie już od najmłodszych lat. Zwinnie wspięła się na rozłożyste drzewo, czyniąc z niego dobry punkt obserwacyjny.
Leśną drogą jechało komando jej ojca. Mężczyźni wracali właśnie do obozu z wielotygodniowej wyprawy. Oczywiście nie udzielano jej takich informacji, ale kilkakrotnie podsłuchała, że była to jakaś bardzo ważna i utajniona wyprawa zbrojna, aż do Królestwa Gnomów.
Tymczasem kolumna elfów zbliżała się coraz bardziej. Otwierali ją najbardziej szanowani i zasłużeni wojownicy. Mniej więcej w środku kolumny prowadzono za uzdę karego konia, który jako jedyny nie niósł na swoim grzbiecie jeźdźca lecz jakiś dziwaczny i nawet sporych rozmiarów pakunek, przykryty płaszczami członków komanda.
Na samym końcu samotnie jechał jej ojciec.
Ucieszył ją ten widok, ponieważ niemal wszyscy, którzy wyruszyli kilka tygodni temu, wrócili żywi i zdrowi. W tym momencie dziecięcy entuzjazm wziął nad nią górę, ześlizgnęła się z drzewa i wybiegła im na spotkanie. Elfowie gwałtownie wstrzymali swoje konie, na widok elfiątka wbiegającego znienacka w sam środek kolumny. Nie pamiętała, co wtedy do nich wołała, wszystko bowiem uległo zapomnieniu w jednej chwili, gdy próbując wdrapać się na jedynego wolnego konia spadły z niego płaszcze...
Ojciec momentalnie zeskoczył ze swojego ogiera, chwycił ją w pół i stamtąd zabrał.
Gdy otrząsneła się z szoku, zaczęła krzyczeć tak głośno jak tylko potrafiła:
- Nienawidzę Cię! Oszukałeś mnie! Nienawidzę...
Wiła się niczym wąż, próbując się mu wyrwać, a potem gdy wszelkie próby okazały się bezowocne zajęła się płaczem.
- Nienawidzę Cię!..Słyszysz? Nienawidzę.....nienawidzę....
Wtedy pierwszy raz odkąd żyła wydawało jej się, że widziała na jego policzku łzę.