Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Fith (ID: 405)


  • Ranga: Szlachcic
  • Poziom: 13
  • Wiek: 547
  • Rasa: Człowiek
  • Klasa: Wojownik
  • Charakter: Neutralny
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:

Łowca


- Właściwie nie wiem, po co z Tobą rozmawiam. Chyba zbyt dlugo tułam sie sam po tych zapomnianych przez Karsetha górach. To już dwa tygodnie, moja droga, dwa tygodnie włóczęgi przez martwy, szary krajobraz. Wiedziałas gdzie uciekać, bo, choć pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, nienawidzę gór. W ogóle niewiele o mnie wiesz, a to chyba niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę, że to przeze mnie umrzesz. Poczekaj, przysunę cię bliżej ognia, jeśli zamarzniesz teraz, nie dostanę pieniędzy. Okej, nie patrz tak na mnie, suchy żart. Każdemu się zdarza, choć ze smutkiem stwierdzam, że z wiekiem coraz częściej. Tak to już jest.

No, ale wróćmy do mnie. Nie przedstawiłem się nawet przy naszym pierwszym spotkanku, choć trzeba przyznać, że atmosfera nie sprzyjała wymianie uprzejmości. Jestem Fith. Krótko i zaje... no tak, znów czerstwy dowcip, wybacz. Ale prawdą jest, że nie mam długiego rodowego nazwiska, tak popularnego na tych ziemiach. Niektórzy wołają na mnie Kpiarz, bo mam problem z utrzymaniem powagi, nawet w sytuacjach, które tego wymagają. W końcu każdy ma wady, jak podejrzewam... ja lubię się śmiać, ty zabijać dzieci. Z tym, że za moje wady zazwyczaj jestem wypraszany z pogrzebów, ostatecznie ktoś spróbuje dać po ryju, ale za Twoje cię powieszą... przedtem torturując, bo hrabia jest mściwy.

Nie szarp się, wiem jak związać człowieka. Robię w tym fachu od dwudziestu lat, więc miałem czas żeby zdobyć praktykę. Powinnaś widzieć moje początkowe wiązania. Dwa zwoje liny, supeł na suple, a i tak zdarzało się, że ktoś uwolnił nogę czy rękę. Teraz jest inaczej więc nie męcz się z szarpaniem. Bez sensu umierać z zakwasami. Hah.. tak właśnie mawiał mój przyjaciel, Garviel. "Nie ma co uciekać przed walką, tylko umrzesz zmęczony". Ta-ak Garviel to był mądry chłop. Może trochę zbyt skory do bitki, i do nieco elstrawaganckiego stylu bycia, ale porządny. Właściwie, to przyjechałem tu by go znaleźć. Dawno nie było z nim kontaktu, a to dość dziwne. Przybyłem więc znaleźć jego kudłate dupsko tu, w stolicy. Zniknął jednak jak kamfora, nigdzie po nim śladu.. więc szukam dalej, ale jeść coś trzeba, jak sama wiesz. To zabawne, prawda? Ty zjadałaś dzieci, a ja zarobie na jedzenie, oddając cię ich ojcu, który pewnie każe ci zeżreć własne nogi, zanim skaże na szafot. Zabawne, co? Nie? Cóż, nie masz poczucia humoru.

Nie jest ci zimno? Mogę podtoczyć cię bliżej ognia jeśli chcesz. Nie wytrzeszczaj oczu, to że ciągnę cię na śmierć nie znaczy, że mam z Tobą na pieńku. Ha. Rozumiesz? Mieć na pieńku odnosi się właśnie do kary śmierci! Nadal nic? Masz poczucie humoru tak kiepskie jak upodobania kulinarne. Wracając do sprawy, to nie jest tak, że cię nie lubię...





Czas umierania, czas narodzin

We fought the daylight any battle, any war
The call for blood worth dying for
We prayed for twilight, side by side we stood as pack
But still tonight you won't come back

The night is over
But in the morning dawn lie dead
Remember all the blood we had

And we'll meet where the wild wolves have gone...


Umierał. Beledni Yevgienij Vladimirowicz umierał, i nic nie dało się już zrobić. Przypadkowa strzała, wypuszczona już przy samym końcu starcia, wbiła mu się tuż pod żebra, grotem do góry, i rozpruła płuca. Strzałę wyrwali (przy protestach samego zainteresowanego), ale pod żebrami zbierała się już jasnoczerwona krew wraz z bąbelkami powietrza. Nawet najlepszy medyk nic by tu nie poradził - niezależnie od tego jak wiele by mu zapłacić albo czym zagrozić. Samego rannego nawet nie było sensu opatrywać, za kilka minut miało być po wszystkim. Oparli więc przyjaciela o kolumnę, odgarniając wcześniej nieco kurzu, i kładąc pod nim poszarpany, wysłużony płaszcz.
- To już koniec, przyjaciele. - wyszeptał z krzywym uśmiechem, a bąbelki krwi w rogu jego ust potwierdzały jego słowa – przykro mi, ale z tego gówna się już nie wykręcę. Strzała gobasa... no co za wstyd.
Stali wokół niego, z pochylonymi głowami. Ciemność zamczyska zdawała się napierać dokoła, niemal przygaszając pochodnie, których drżące płomyki rzucały niespokojne światło. Nie mieli wiele czasu, ale niech to piekło pochłonie, jeśli nie znajdą czasu się pożegnać.
- Va fiall – szepnął uroczyste pożegnanie Araeth, przyklękając przy nim i kładąc mu na podołku niewielki srebrny medalik – sięgaj gwiazd, bracie.
Beledni spojrzał na elfa o szarej skórze, czarnych oczach i w ogóle prowinencji zupełnie nie pasującej do tańczących na łączce długouchów.
- W moim wypadku.. – wychrypiał, plując krwią – nieco bliżej do obłapiania ziemi.
Następna była Idra, która pocałowała konającego w policzek. A przynajmniej próbowała, bo ten obrócił twarz w ostatniej chwili, by jej spierzchnięte usta dotknęły jego warg. Zwykle, za takie rzeczy dostawał od niej w twarz.. teraz jednak w oczach najemniczki zalśniły łzy.
- Wiedziałem… wiedziałem, że nie uderzysz umierającego – Beledni uśmiechnął się na tyle bezczelnie na ile jeszcze potrafił – gdyby nie to, że za dużo krwi mi zeszło i nie stanę już na wysokości zadania…
- Zamknij się – wyszlochała kobieta, cofając się by zrobić miejsce Garvielowi.
Ten, oszczędny w słowach, wcisnął Beledniemu swoją kuszę pistoletową w rękę.
- Bywaj bracie.
- Ja jestem…. – ranny zakaszlał znów, choć może to nie krew z płuc a kiepski żart tak podrażnił mu gardło – a nie bywam.
Na końcu podszedł doń czternastoletni Fith, po młodej twarzy spływały mu łzy, żłobiąc bruzdy na zakurzonym obliczu. Nie chciał płakać, ale nie potrafił inaczej. Jego mentor, jego opiekun, człowiek, któremu zawdzięczał wszystko, umierał na jego oczach. I zdawał się tym nie specjalnie przejmować.
- Nie becz młody. Nie ma o co.. rozpal mi jeszcze fajkę ostatnią, co? Raczej o zdrowie nie muszę się już martwić.
Gdy dostał rozpaloną, żarzącą się fajkę, włożył ją do ust i zaciągnął się głęboko co spowodowało kolejny atak kaszlu.
- Nie becz. To najgorsze co możesz zrobić – skupił gasnący wzrok na twarzy Fitha – i słuchaj. Świat jest i tak zbyt smutny i skurwiały, by jeszcze się nim przejmować. Więcej smutku i skurwienia mu definitywnie nie pomoże. Więc się z niego śmiej się. Tylko tak da się przejść przez życie i nie zwariować. Rozumiesz?
- Rozumiem. – tylko tyle był w stanie wydusić młody. – Tak zrobię.
- Dobry chłopak – Beledni machnął ręką, a potem zaciągnął się znów. Tym razem jednak zacisnął usta i nos, niemal dławiąc się krwią… ale jednocześnie wpatrując się w ranę, na której pieniące się krwawe bąbelki zaczęły się robić nieco bardziej mgliste.
- Araeth – umierający spoważniał na chwilę, wydmuchując w końcu dym i spojrzał na elfa – zabierz ich stąd. Bezpiecznie. Ja tu posiedzę i odpocznę jeszcze chwilę. A potem pójdę dalej.
- Bywaj – skinął głową elf i spojrzał na resztę grupy.
Odchodzili po kolei, zostawiając przyjaciela w mroku, a Fith szedł ostatni i odwracał się co chwilę, aż do momentu w którym korytarz skręcał mocno w lewo.
- Pozdrówcie ode mnie Lorda Cannelisha! – rzucił jeszcze słabo Beledni, a Garviel uniósł z daleka rękę, dając znać, że spełnią tę prośbę.
Potem, najemnik został sam.
- No.. i to by było na tyle chyba – westchnął ciężko, i pociągnął z fajki. Zielone skurwysyny nadchodziły, słychać było ich świńskie śmiechy, odbijające się echem po korytarzu. Kusza pistoletowa nie wystarczyła, chyba, że zamierzałby sam skończyć tę zabawę i nie patrzeć jak zielone paskudztwo zżera mu nogi.
Miał jednak nie tylko kuszę. Gdy w korytarzach zamajaczyły czerwone punkciki ślepi, Beledni zaciągnął się fajką, tak by tytoń w środku rozżarzył się mocno, tak mocno, że iskierki podpaliły przytknięty do fajki lont.
- Pieprzę Cię – powiedział wyraźnie Beledni, wciąż z fajką w ustach i dymem w płucach. Bez wątpienia zwracał się do świata. A potem wybuchł.

Dwa dni później, w niewielkim miasteczku, od samego świtu ludzie zbierali się na rynku, by obejrzeć nietypowe widowisko. Centrum zbiegowiska był pręgierz, który służył zazwyczaj karaniu drobnych złodziejaszków. Tym razem jednak, gościł znaczniejszego lokatora, samego władcę tych ziem, Lorda Cannelisha. Lorda, który, jak głosiła wieść, niedawno najął pewne indywidua, by oczyściły z „kilku” goblinów pobliski zrujnowany kasztelik. Lord był nagi, uwalany w końskim łajnie, w które musiał wpaść. Kilka razy, sądząc po ilości. Największą jednak sensację wzbudzała gruba, biała rzodkiew. Rzodkiew, która w innym wypadku mogłaby konkurować o miano najdorodniejszej w tym roku, ale nikt nie był pewien, bo by ją zmierzyć, trzeba było wyciągnąć ją Lordowi Cannelishowi z rzyci. Długo nikt się nie kwapił by to zrobić.

Niesamowite przygody pana Fitha i Zabawnej Trójki

- Padnij! - ryknął Fith, samemu rzucając się na zasłany resztkami drewna pokład. Drzazgi wbiły się w jego przedramię, a za sobą słyszał przekleństwa Garviela, który również posłuchał tej jakże światłej rady, i teraz toczył się po pokładzie, plując drzazgami i przeklinając szpetnie w swym dziwacznym, północnym języku. Fith poderwał na równe nogi, z kuszą w rękach. Pocisk balisty, który uderzył w burtę ledwie chwile temu, drżał jeszcze, wbity w pokład w miejscu, gdzie niedawno stał Garviel.
Fith nie marnował czasu, podrzucił kusze do policzka i posłał bełt w stronę pirackiego statku. Pocisk trafił jakąś idiotkę, szykującą się do przeskoczenia na linę na ich pokład. Żelazny grot trafił ją wprost w twarz, buchnęła krew, i sypnęły się połamane zęby a kobieta runęła bezwładnie do wody. Fith serdecznie nienawidził piratów, a nienawiść tym bardziej rosła, że owi piraci przerwali ich spokojny rejs, słoneczny rejs. Cholerne, śmierdzące rumem buraki, którym wydawało się, że są królami życia.
- Królami rzyci co najwyżej - warknął pochylając się by naciągnąć kolejny bełt.
Dwa spore uzbrojone po zęby trzymasztowce, goniły ich ciężką i niezdarną fregatę handlową, doskonały łup. Jeden był już burtę w burtę, drugi zaś nadpływał od drugiej strony, będąc jeszcze kilkaset metrów dalej. Ani jednak Fith, ani płynący z nim Idra, Araeth i Garviel nie mieli najmniejszej chęci zostać niczyim łupem, a załoga wraz kapitanem o oklepanym pseudonimie "Rudobrody" zgodziła się natychmiast. No, może zaraz po tym jak Idra zdekapitowała pierwszego oficera, wspominającego coś o możliwości poddania się.
Ten bliższy trójmiasztowiec niemal stykał się już burtami z "Perłą Morza" - najdurniej nazwanym statkiem na południowych wodach - i mimo nieustającego ostrzału z kusz i niezawodnego łuku Araetha, coraz większa ilość pirackich szumowin gotowała się do abordażu, i na linach i przez trap, który właśnie przygotowywali.
- Garviel, kurwa! - Fith znów poderwał się, by strzelić ponownie, tym razem w sukinsyna, który gotów był przerzucić dechę łączącą dwa pokłady - co z tym Twoim planem?
- Chwila! - odkrzyknął brodaty mężczyzna, ładując coś na kolejną, trzecia arkbalistę - jeszcze chwila...
- Nie mamy chwili! Lecą na nas jak muchy do... - zaklął i schował głowę, gdy bełt z kuszy zmiótł mu kapelusz z głowy - psia mać!
Nie miał czasu ładować kuszy, poderwał się znów, trzymając swoje dwie kusze pistoletowe. Było za późno, decha położona, zaraz dostaną się na statek a z taka przewagą liczebną nie będą musieli nawet czekać na kamratów z drugiej fregaty.
- Teraz - zawył Garviel i dwie arkbalisty wystrzeliły swoje pociski. W tym samym momencie marynarze wychynęli zza osłon i na pokład przeciwnika spadł prawdziwy grad butelek wypełnionych czarną mazią.
Pociski arkbalist również nie były zwykłymi bełtami a ciężkimi garncami wypełnionymi, żrącą, łatwopalną mazią. Rozbiły się na pokładzie i maszcie, zalewając zarówno pokład jak i piratów. Podniósł się wrzask, gdy substacja wyżerała skórę.
Fith wiedział, że nie mają czasu, że liczą się sekundy. Skryty za burtą, ładując kuszę wrzasnął tylko:
- Idra! Araeth! Teraz!
Statkiem szarpnęło, gdy stojąca przy sterze Idra odrzuciła włosy zawiewające jej na twarz i silnie przekręciła koło sterowe. "Perła Morza" odbiła w bok zrywając liny fregaty i przechylając się groźnie na jeden bok. Załoga poczęła zjeżdżać w dół chwytając się czego tylko się dało. Tylko jedna osoba zachowała równowagę podczas tego szaleńczego manewru. Dzięki nieludzkiej zręczności Araeth stojący przy dziobie naciągnął cięciwę łuku aż dotknęła kącika wąskich, bladych warg.
- Bum - szepnął zwalniając cięciwę.
Strzała poszybowała wprost do celu, i pokład bliższej fregaty na chwilę zamienił się w ogniste piekło. Niemal natychmiast zajęło się drewno, maszty i ludzie. Wyli, skacząc do wody, próbując ratować się przed płomieniami.
- Udało się! - wrzasnął Fith gdy "Perła Morza" zaczęła się prostować, a podmuch wiatru wypełnił jej żagle. Dziób ciął fale, a każda sekunda przybliżała ich do drugiej fregaty, która odwrócona burtą szczerzyła srebrne kły naładowanych balist i arkbalist - ale mamy za mało paliwa, żeby podpalić też drugi! Zagaszą!
- Nie zamierzam podpalać ich - odkrzyknął Garviel z pomocą marynarzy odwracając arkbalistę tak by celować w dziób.
- A kogo kurwa?! - zawył, przekrzykując wiatr Fith, mając cholernie złe przeczucia.
Garviel nie odpowiedział, rzucił się znów na pokład gdy salwa bełtów z balist uderzyła w pokład, przebijając kilku marynarzy i przybijając ich biednego kapitana do masztu.
- Trzymaj kurs Idra! Araeth spieprzaj z stamtąd.
Fith spojrzał w co celuje Garviel i zaklął szpetnie i ruszył biegiem w stronę Idry i kilku żyjących jeszcze marynarzy zbierających się za nią.
Przeciwnicy też zorientowali się co zamierzają zrobić szaleńcy na "Perle Morza" i zaroili się na pokładzie, próbując zejść z kursu kolizyjnego. Na próżno, "Perła" była lżejsza, miała wiatr w żaglach i szaloną sterniczkę. Na chwilę przed uderzeniem Garviel zwolnił podwójną cięciwę arkbalisty i dzban roztrzaskał się na dziobie "Perły", obryzgując przy okazji dwie beczki tam umiejscowione.
- Araeth!
Elfowi nie trzeba było powtarzać, napiął cięciwę swojego łuku i przymknął jedno oko. "Perła" wbiła się w burtę fregaty, a w ogłuszającym trzasku dech i krzyku ludzi nikt nie usłyszał świstu strzały. Wszyscy usłyszeli za to ryk wybuchu, który pochłonął zarówno dziób ich statku jak i pokład pirackiej fregaty.

[c.d.n.]