Ten profil ma obecnie ponad 17tys znaków.
You've been warned.
Moja kluska, dla atencji
W naszym cyrku prezentujemy dzìś największego zabijakę w Amo, gość musi bić nowe konta, 250 poziomów niżej by mieć dodatni bilans xD
Wydarzenie:
Data: 30.11.2025, 10:21
Zostałeś zaatakowany i pokonany przez Vontes (ID: 80).
Trofeum żenady do odebrania w kibelku martwej od lat karczmy, czekamy z niecierpliwością by uhonorować i świętować te jakże szlachetne osiągnięcie xD
Wszelka forma zawracania głowy mile widziana, ja się wstydzę, to wystarczy, Ty nie musisz.
Jak doskonale widac po moim profilu(współczuję Ci jeśli przebrnąłeś\aś przez całość), mistrzem pióra to ja nie jestem, ale jesli mineliście się ze swoim zdrowiem psychicznym to śmiało.
Profil będzie ubogi. Pragniesz spytać dlaczego? Otóż śpieszę z odpowiedzią! Jesteś gotów? Nie chce mi się. Za stary, zbyt zgorzkniały i zatopiony w poczuciu beznadziejności jestem by bawić się w te przesadną estetykę. Chcesz kolorków i światełek? Przygotuj parę "stów" i przejdź się na jarmark świąteczny.
Kącik żenady
Jak już jestem taki stary, zgorzkniały i pokrzywdzony przez życie to pogadam sobie i rzucę parę literek w eter.
My jako ludzie jesteśmy tak cholernie delikatni, nawet największy na świecie twardziel, jest niczym domek kart stojący na wietrze. Wystarczy tylko podmuch wiatru i rozpada się, znika. Jesteśmy na tyle naiwni by brać życie za pewnik, nie tylko swoje, a przede wszystkim tych co nas otaczają. Wiadomo, nie przejmiemy się tym jeśli Pani w naszym sklepie nagle zmieni miejsce pracy i na jej pozycję wskoczy ktoś inny, oczywiście będzie nam przykro jeśli nawiązaliśmy z Nią fajną relację, ale to coś szybko minie. Najgorsze jest jednak to, że bierzemy za pewnik życie ludzi którzy nas otaczają, nie myślimy o tym by czerpać z każdej możliwości jaką daje nam życie by spędzić z Tą osobą czas, jesteśmy pewni, że każdego kolejnego dnia, jeśli tylko zechcemy, ta osoba będzie na nas czekać, na nasz kontakt. Jako ludzie nie dpuszczamy do siebie myśli, że jedna chwila, jeden moment i życie każdego człowieka może się zakończyć, może dziś, może jutro, a może za 10 lat.
Każdy dzień może być tym ostatnim, dla Ciebie, albo dla kogoś na kim Ci zależy. Szanuj i korzystaj z czasu który masz by spędzić go z ludźmi na których Ci zależy i niech Ci ludzie wiedzą jak ważni dla Ciebie są. Powinniśmy starać się jak najbardziej, zawsze będziemy mieć wyrzuty sumienia, że za mało, za słabo, ale czym bardziej będziemy się starać, tym łatwiej będzie nam to wszystko przetrwać, przetrwać gdy kolejne odoby będą odchodzić.
Pamiętaj by zawsze żyć tak by przedewszystkim to Tobie te życie dawało szczęście. Zyjemy w czasach w których wielu ludzi żyje tak by tylko ich życie albo zadowalało innych, albo przynajmniej innm nie przeszkadzało. Dopóki to co Tobie sprawia radość, bądź po prostu sprawia, że czujesz się spełniony w żaden sposób innych nie krzywdzi to po prostu rób to dalej. Nikt, asbsolutnie nikt nie ma prawa odmawiać Ci prawa do poczucia szczęścia bądź spełniania się. Zyjemy przede wszystkim dla siebie i to z samym sobą spędzamy najwięcej czasu, także jeśli nie będziesz robił czegoś przede wszystkim dla siebie to po co tak naprawdę żyjemy?
Czy miałeś w życiu kiedyś tak, że dla tej jednej osooby która zawróciła Twoim światem odrzuciłeś dosłownie wszystko? Być może zauważyłeś nawet, że czas od jakiego tę osobę znasz jest niczym kropla w oceanie Twojego dotychczasowego życia, bez względu na to czy jesteś starszy bądź młodszy. W pewnych momentach naszego życia, konkretnych sytuacjach nie działami racjonalnie i to bez względu jak racjonalni byśmy na codzień nie byli. Człowiek pod wpływem emocji jest w stanie dopuścić się największych głupot, a przewlekłe, intensywne uczucia, często mogą prowadzić do równie przewlekłej głupoty. Nigdy nie odrzucaj dawnego życia dla jednej osoby, nigdy nie odrzucaj wielu osób dla jednej osoby. Jedyną osobą co do której możesz mieć pewność, że będzie przy Tobie jesteś tylko i wyłącznie Ty sam, nikt inny zadbaj o siebie i swoje otoczenie nie tylko tu i teraz, ale pomyśl o tym a co jeśli to wszystko się rozpadnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że bez względu na to czy coś takiego przeżyłeś czy nie, czy to się znowu dzieje... Tak czy siak tej rady nie posłuchasz.
Profil właściwy zaczyna się poniżej. Sorry not sorry.
Kolejny raz, z jakiegoś powodu pojawiam się pod tą bramą...
A więc, zjawił się tu kolejny raz. Mężczyzna o niekoniecznie wyróżniającej się posturze, nie za niski, a jednoczesnie, nie specjalnie wysoki. Nawet spod jego płaszcza mozna bylo dostrzec, ze budowy jest On nie specjalnie poteznej, jednocześnie jednak niestosownie byłoby go nazwać osobą o posturze mizernej. Sprawiedliwym byłoby więc powiedzieć, że o to u bram tego miasta pojawiła się kolejna, niczym nie wyróżniająca się osoba, taka jakich każdego dnia przewija się tu setki.
Nikt nie wie, zapewne również On sam jaki powód znów go tu przywiódł. Czy to dlatego, że czuję się tu jak w domu? Kiedyś, naprawdę wiele lat temu może mógłby to tak okreslic, teraz jednakowoż byłoby to duże, niestosowne wręcz nadużycie. Może szuka schronienia? Toć to miejsce które kiedyś tak dobrze znał. Kiedyś to słowo klucz, a dla osoby z jego doświadczeniem życiowym wiele rzeczy to już tylko i zaledwie "kiedyś". To samo doświadczenie życiowe, przed chwilą wspomniane to coś, co pozwala mu kłopoty w większości omijać.
Najbardziej prawdopodobne opcją wydaje się szukanie miejsca w którym mógłby osiąść na dłużej. Gdyby zagłębić się w tej myśli na dłuższy moment, w końcu to miejsce które niegdyś, z delikatnym, nie przesadnie wielkim uśmiechem nazywał domem. Trzeba wspomnieć, że dla tego osobnika, choćby ten delikatny uśmiech znaczył już naprawdę wiele. Gdyby zapytać którego kolorek z jego towarzyszy, tych z dawnych lat w tym mieście o ten uśmiech, wszyscy jednoznacznie odpowiedzieliśmy, że to coś niespotykanego.
A więc znów tu jest, przekracza bramę pewnym krokiem, choć w jego głowie jest wręcz odwrotnie, ten krok jest niespokojny, niezdecydowany, można by rzec wręcz, że chwiejny. Wszystko to spowodowane nadmiarem pytań w jego głowie, pytań na które obecnie nie zna odpowiedzi. Dość wymowne jak na osobę ktora krąży po tym świecie od conajmniej dwóch wieków. To tak jakby narodził się na nowo, a jego przeszłość nie istniała, przestała mieć znaczenie. Może dlatego, że tak właśnie jest, ta przeszłość już dawno przestała istnieć, nie ma znaczenia.
Wolnym krokiem przekroczył bramę miasta, ciemne niebo rozświetlał blask dumnie świecącego księżyca, który wciąż zmierzał do punktu w którym "zawiśnie" dziś najwyżej. Jak to bywa o tej porze, nie trzeba było zbytnio się trudzić by wzrok znalazł jakąś zapijaczoną mordę, trudniej byłoby na tyle zgrabnie operować swym wzrokiem by się takiego widoku ustrzec. Zakapturzony mężczyzna kroczył dalej przed siebie, nie pasując zupełnie do otaczającego go otoczenia. Nie wyróżniał go wyjątkowy ubiór, ot odzienie strudzonego drogą wędrowca które okres swej świetności już dawno miało za sobą. Mężczyzna wyróżniał się swym sposobem poruszania, jego ruchy były na tyle płynne, gładkie, spokojne, że wygladało to jakby przepływał niepostrzeżenie przez ulice aniżeli nimi kroczył. Dośc szybko i sprawnie musiał się oddalić spod okolic izby, ilość osób które już dawno przesadziły z alkoholem była już z nikoma, jeśli już ktoś się znalazł, była to raczej osoba kierująca się już w stronę własnego domostwa. Docierając w okolice miejsca gdzie w ciągu dnia można znaleźć stragany oferujące nieskończony wachlarz najróżniejszych towarów i istot wszelkiej maści, mężczyzna utracił płynność swych ruchów, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nagle kroki stały się ciężkie, nie równe, chwiejne, a oddech którego wcześniej jakby nawet nie było, stał się ciężki i niezwykle głośny, na tyle głośny by dało się go usłyszeć stojąc w nie małej odległości od źródła tego dżwięku. Chwiejnym krokiem dopadł kamiennej ściany budynku do którego było mu najbliżej, wszystko z nadzieją, że poczuje się lepiej, nie poczuł. Mężczyzna dotykając kamiennego muru poczuł się gorzej, o ile złe samopoczucie wywołane było wspomnieniami które widział w swej głowie jak przez gęstą, jesienną, poranną mgłę nad polaną, tak gdy jego dłoń zetknęła się z murem budynku, ta mgła prysła, niczym nagle przerwany sen, przynoszący jasną i klarowną rzeczywistość. Osunął się plecami by ostatecznie usiąść pod kamienną ścianą, przytłoczony i duszony wspomnieniami które od lat tkwiły w jego głowie, zamknięte, odizolowane, zapięczętowane głęboko w nim. Coś co miało być melodią przeszłości, coś co dawno miało przestać mieć jakiekolwiek znaczenie, nagle wydostało się na wolność. Wspomnienia wróciły do niego zupełnie tak jakby ktoś przy pomocy wielkiej siły i ogromnego młota zniszczył ścianę za którą przeszłość miała być zamknięta już na zawsze. Siedział tak i dyszał, dyszał bezradny, przytłoczony demonami swej przeszłości.
Gdy coś martwego, wraca do życia. Tak jakby...
Od jego ataku paniki, o ile tak można było to nazwać, minęło kilka tygodni.
Dla jednych to już szmat czasu, przede wszystkim dla tych którzy żyli chwilą, dla których każda sekunda była jak sztabka złota, właśnie wykradana z krasnoludzkiego skarbca, a potem kolejna i kolejna. Dla innych osób, w tym dla niego, parę tygodni było niczym kropla wody ubywająca z oceanu, tak mała w porównaniu do całej reszty, że nie sposób było dostrzec jej ubytek.
Przez pierwsze kilka dni, chował się w jednym z miejskich pustostanów, a ostatecznie skończył w malusieńkim domostwie nieopodal dzielnicy handlowej. Bardzo dogodna lokalizacja dla osoby która mogła wyjść jedynie przy braku blasku słońca, a dzięki temu wciąż mogła mieć nadzieję na złapanie handlarzy którzy danego dnia postanowią zostać choć chwilę dłużej, tylko i wyłącznie po to by zarobić choć kilka sztuk złota więcej.
Na nowo zaznajomił się z miastem w którym niegdyś mieszkał, oczywiście wciąż nie czuł się tu na tyle pewnie co kiedyś, ciężko powiedzieć czy to jeszcze kwestia braku zaznajomienia, czy też niepewności którą budował w sobie ostatnimi latami, choćby przez izolację od społeczeństwa.
Nad Elakką nastał kolejny wieczór, w zasadzie to księżyc coraz pewniej wspinał się po ciemnym niebie, niebie na którym nie ostał się już choćby najmniejszy błysk palącego słońca.
Wieczór raczej należący do tych chłodniejszych, doskonale pasujący do klimatów późnej jesieni.
Wyszedł z drzwi swego małego domku, a jednocześnie też wynurzył się z panującego wewnątrz mroku. Dość pewnie pchnął ciężkie, drewniane drzwi tak by te się zamknęły, a następnie docisnął je by niezwłocznie zamknąć je przy pomocy ciężkiego, żeliwnego klucza. Spojrzał badawczo w niebo, nie był to szybki rzut oka, stał tak przez chwilę, a chwila ta była na tyle długa, że można by mu wręcz zarzucić liczenie gwiazd na niebie.
Westchnął lekko, a jego głowa wróciła do teoretycznie normalnej pozycji, nie musiał wzdychać, nie miał tego w zwyczaju, a jednak pewne ludzkie, żywe odruchy były wręcz idealne. Wiele z odruchów tych którzy jeszcze są istotami z definicji żywymi było dla niego po prostu na tyle przyjemne w odbiorze, że sam nauczył się je stosować, oczywiście na nowo, dawno temu przecież też było to dla niego naturalne. Westcnięcie do samego siebie mogłoby się wydawać całkowicie zbędne, szczególnie w przypadku takich jak On, a jednak stosował to, choćby przed chwilą. Jednym z powodów dla których poniekąd działał wbrew swej naturze, zapewne była chęć wtopienia się w tłum, raczej większość mu podobnych wolała by pozostać anonimowa, może nie dla wszystkich, ale z pewnością dla większości. W tym wszystkim równie dobrze mogło kryć się wiele więcej powodów, może po prostu chciał też czuć się bardziej... żywy? Nie można wykluczać żadnej możliwości, wszystkie powody znał jednak tylko On sam.
Odwrócił się w końcu od drzwi swojego domostwa tak by skierować swój wzrok wzdłuż ulicy, ulicy brudnej, spowitej mrokiem który walczył ze światłem, bijącym od niechlujnie i sporadycznie porozrzucanych latarni miejskich.
Ruszył przed siebie, nie wiedząc gdzie zaniosą go wolne, wręcz niesamowicie leniwe acz nader eleganckie kroki, zdecydowanie nie odpowiadające jego typowemu, niechlujnemu ubiorowi. Kroki osoby która przez lata szlifowała wszelkie sposoby chodu i wszelkie sposoby by był On jak najbardziej elegancki, już dawno wyryły się na stałe w jego głowie, a co za tym idzie, działy się same, bez potrzeby skupiania się na tym. W tle można było usłyszeć wiele, choćby rozmowy prowadzone w domowym zaciszu przez mieszkające nieopodal rodziny, szczekanie psów na szmer wydawany przez szczury szukające jedzenia czy pijacki bełkot niesiony z nieopodal stojącej karczmy.
Mimo wielu lat na karku uwielbiał delektować się dźwiękami tej wszechobecnej beztroski, a czasem wręcz sielanki którą tętniły ludzkie serca, tętniły tym wszystkim mimo tego, że ich życie było tak krótkie i jednocześnie kruche, mogące zamienić się w pył, niczym przy zgniecieniu zwęglonej kartki papieru.
Beztrosko mijał sobie kolejne uliczki Elakki, wsłuchując się jednocześnie w symfonie graną przez nocne miasto i jego mieszkańców, czasem tylko zwinnie omijał większe grupy mieszkańców których bez problemu był w stanie usłyszeć na tyle wcześnie by pozostać przez nich niezauważonym. Nie bał się, po prostu nie szukał kłopotów czy choćby okazji na to by same go znalazły. Każda interakcja, szczególnie intensywna, zaczepna, skupiająca uwagę, mogła zakończyć się dla niego czymś więcej niż bójką, gdyby tego nie unikał, nie przeżył by już tak wielu lat. Jak wielu? Tego sam nie wie, zbyt wiele by pamiętać.
Kontynuował swój pochód pustymi ulicami miasta, dalej chłonąc melodie ulic, czekając spokojnie na to co przyniesie mu los. Czy przyniesie, a jeśli tak to kiedy, co, dlaczego?
Walka z naturą
- Akurat dziś mogłem sobie darować. - Wycedził do samego siebie, bardzo ale to bardzo pretensonalnym tonem. Gadający sam ze sobą wampir, to dopiero musi być niespotykane.
Mimo wszystko pretensje do samego siebie były w pełni uzasadnione, nadzwyczaj ciemna, a jednocześnie nadzwyczaj mglista noc nastała. Noc która na pierwszy rzut oka przez okno, bez wychodzenia z domu wyglądała niczym czysta definicja problemów.
Nic na to już jednak nie poradzi, znajdował się za murami miasta,w lesie, pośród gęsto stojących drzew które tylko wzmagały wszechobecną ciemność porzez skrywanie i tak już nie śmiałego dzisiejszej nocy księżyca.
Na początku kierowany jakimś dziwnym uczuciem, dokładnie tym które niegdyś pakowało go w kłopoty, niemal za każdym razem. Ktoś o choćby odrobinie zdrowego rozsądku, niesiony równie bogatym doświadczeniem, bez krzty zastanowienia nie dałby się czemuś takiemu skusić, dać poprowadzić. Niestety, Zach miał jakąś dziwną ciągotę do ładowania się w kłopoty, to też poraz kolejny pcha się w ich centrum.
O ile jeszcze przed chwilą mógł liczyć na to, że kłopoty go ominą, tak zmierzając w kierunku w jakim kierowało go przeczucie, zaczynały do niego dzwięki nie wróżące niczego dobrego. Jedynym szczęściem w tej całej sytuacji, czym naprawdę bardzo pocieszał się w myślach, było to, że znajdował się w sporej już odległości od bram miasta. Jego sylwetka płynęła między drzewami z porażającą gracją, a jednocześnie mogła budzić strach gdy ciemn płaszcz przecinał unoszącą się nad ziemią, mleczną mgłę. Gdyby nie mgła, byłby nie do dostrzeżenia, powyżej niej, dzięki ciemnemu odzieniu byłby niczym cień.
Wreszcie dobiegające go dzwięki stawały się intensywniejsze, bliskie, a co za tym idzie prawdziwsze, żywsze. Zwolnił, jego kroki nie były już tak płynne, acz wciąż bezszelestne, przesuwał się z jednego drzewa do drugiego.
Słyszał krzyk kobiety, kobiety błagającej o pomoc, jej głos drżał, łamał się i zlewał z płaczem jednocześnie. Rozpaczliwe błaganie nie było okraszone choćby odrobiną nadzei, brzmiało to bardziej jak ostatnie podrygi zwierzęcia które doskonale już zdaje sobie sprawę co się stanie za chwilę, jedynym pytaniem było czy nastąpi to szybko, czy jednak będzie trwało odrobinę dłużej.
Z kobietą było dwóch mężczyzn, jeden wysoki, z dość sporą nadwagą, acz poza nadmiarem tłuszczu, mięśnie również mieć musiał, prowadził szarpiącą się kobietę z równą łatwością co dziewczynka bawiąca się szmacianą lalką, co chwilę dało się usłyszeć jak przed poprawą chwytu drą się kolejne strzępy jej sukienki.Obok kroczył niski, piegowaty chudzielec który z niekrytym rozbawieniem obserwował jak kobieta stara się jakkolwiek ratować. Zach takich nienawidził najbardziej, nic nie warty śmieć który bez pomocy osiłka jest nic nie wartym śmieciem.
Doskonale już wiedział, że się wtrąci, przygotowywał się do tego mentalnie, nie byłby w stanie odpuścić. Sam był potworem który jak kolwiek pocieszał się wyłącznie tym, że żyje na takich szumowinach jak te obecnie znajdujące się w jego pobliżu. Wcześniej bezszelestny, teraz nacisnął stopą na leżącą pod nim, urwaną gałąź, a jeszcze zanim dzwięk dotarł do ich uszu, On przemieścił się bezszelestnie na drugą stronę drogi. Zarówno jeden jak i drugi, nagle rozejrzeli się bardzo nerwowo, dzwięk był zbyt głośny jak na zwyczajne odgłosy dobiegające z pustego lasu. Nastała cisza z której zarówno oprawcy, jak i ofiara próbowały cokolwiek wyczytać. Oprawcy modlili się by nie była to czyjaś obecność, ofiara zaś miała nadzieję, że usłyszany dzwięk to nadzieja, nadzieja która już w niej zamierała. Nagle rozległ się dzwięk kolejnej pękającej gałęzi, cała trójka spojrzała dokłądnie w miejsce w którym jeszcze przed sekundą znajdował się wampir.
- Zrób coś do cholery. - Krzyknął rozpaczliwie, przerażony już chudzielec, choć to On był tym który beztrosko kroczył obok rosłego towarzysza który prowadził ich ofiarę.
-Ale co? - Rozległ się głos który nie pozostawiał złudzeń, o ile można było mieć jakieś resztki nadzei jeszcze przed chwilą, tak teraz pewnym już było, że olbrzym jest również stereotypowym debilem.
Nagle z zupełnie innej strony, najprawdopodobniej na wschód od nich rozległ się donośny świst, świst przecinanego przez sztylet powietrza. Niesamowicie nieprzyjemny dzwięk przedewszystkim zaatakował olbrzyma, a ułamki sekund po tym najego gardle zaczęło rysować się głębokie rozcięcie. Z wielkoluda zaczęło jednocześnie upływać wiele rzeczy jak choćby siła, krew czy jego świadomość. Fala gorącej, czerwonej krwi trysnęła z jego gardła, rozpaczliwie próbował zatrzymać ją swoimi wielkimi łapskami, na marne. Płyn życia nieubłaganie upływał wraz z jego świadomością.
W świetle tych wydarzeń kobieta była wolna, a jednak przede wszystkim ogarnął ją strach, bez względu na to, że był to oprawca, to właśnie na jej oczach umierał człowiek, część jego krwi nawet znajdowała się na jej obdartej, jasno-błekitnej sukience. Przez chwilę przyglądała się w śmiertelnym przerażeniu, nie była w stanie wydusić słowa, aż tu nagle, wrzasnęłą i to przeraźliwie, rzucając się do rozpaczliwego biegu w kierunku z którego przybyli.
Krzyk powoli oddalał się od miejsca zdarzenia, olbrzym już pożegnał się ze swym życiem. Została tylko jedna osoba, chudzielec. Chudzielec tkwił po środku drogi, nie spojrzał nawet za uciekającą kobietą, zamarzł w przerażeniu, szoku, niedowierzeniu oraz bez zrozumienia dla tego co się właśnie wydarzyło.
Zach bezszelestnie skierował w jego kierunku swe kroki, po kilku sekundach znajdował się już za nim.
- To odrażające, że żywię się takim ścierwem jak Ty. - Rozbrzmiał idealny głos, pełen wściekłości i pogardy, aż tak pogardliwy, że bardziej już się chyba nie dało.
Nagle chudzielec poczuł uderzenie z ogromną siłą w bok swojej głowy, na tyle mocne, że odrzuciło go na kilka metrów w bok. Nie podnosił się nawet, drżał ze strachu, a kończyny najwyrażniej z tego wszystkiego odmówiły mu posłuszeństwa.
- Ratuj swe nic nie warte życie śmieciu. - Zagrzmiał po raz kolejny, wydawać by się mogło, że kot bawiący się myszą mógłby mieć więcej litości dla swej ofiary.
Zaczął powoli kroczyć w jego stronę, inaczej, wydając dzwięk, najprawdobniej po to by wycisnąć choćby "kroplę" strachu więcej. Przykucnął nad nim.
- To wszystko całkiem zabawne, wiesz? Zapytał zupełnie tak jakby pytał o pogodę, nawet nie patrzył w jego kierunku.
- Jestem potworem, zabójcą, a mimo to, ktoś taki jak wy sprawia, że czuję się jakby wcale tak nie było. Rozumiesz? - Zapytał w taki sposób jakby szukał zrozumienia, ale wcale tak nie było, nie oczekiwał odpowiedzi.
- Teraz zginiesz i co najzabawniesze, będzie to najlepsze co w życiu zrobiłeś. - Zaśmiał się, wpierw delikatnie, niemalże uroczo, po chwili jednak jego donośny śmiech rozległ się echem po całym lesie, a zaraz po śmiechu, przeraźliwy krzyk chudzielca.
Dostojny kitku w nagrodę za wytrwałośc i jako zadośćuczynienie za zrycie głowy. You welcome, You welcome.