
Profil gracza:
Nie pamiętam, kim byłam.
Obudziłam się dwa dni temu na skraju lasu. Głowa pełna mętliku, ciało ledwo mnie słuchało. W kieszeni miałam tylko poszarpany strzęp materiału i dziwne, drżące poczucie, że coś bardzo ważnego zostało mi odebrane. Ludzie z wioski nazwali mnie Mieszkanką i powiedzieli, że jestem kobietą. To wszystko, co o mnie wiedzą. I wszystko, co ja sama o sobie wiem.
A przecież coś we mnie mówi, że kiedyś byłam kimś zupełnie innym.
Czasem, gdy zamykam oczy, czuję jakby cień. Jakbym stawała naprzeciw ludzi, którzy służą Królestwu. Jakbym nie była jedną z nich, tylko przeciwnikiem. Widzę w przeczuciach ostrze w dłoni, magię, która płynie przez żyły, i strach w oczach tych, którzy uważali się za nietykalnych. Słyszę szeptane imię… moje imię… wypowiadane z szacunkiem i z lękiem. Czuję, że nosiłam w sobie starą moc, której Królestwo bało się bardziej niż wojny.
Potem przychodzi ta noc.
Zasadzka. Zdrada. Eksplozja magii, której nikt nie powinien był użyć. Światło, które oślepiło, a potem ciemność. Kiedy otworzyłam oczy, nie było już ani potęgi, ani wspomnień. Został tylko poziom pierwszy, puste magiczne znaki i ciało, które ledwo trzyma 15 punktów życia. Rasa i klasa zniknęły jak spalone karty. Nie należę do żadnego klanu. Nie mam przyjaciół. Nie noszę symboli żadnej wiary – bo nawet nie wiem, w co kiedyś wierzyłam.
Teraz jestem tylko Volirą. Kobietą, która od dwóch dni żyje w Królestwie i nie potrafi powiedzieć, kim jest.
Ale coś we mnie drży.
Gdy patrzę w lustro.
Gdy słyszę odległy dźwięk stali.
Gdy ktoś mówi o sługach Królestwa.
Jakby pod mętlikem nadal tlił się ogień.
Jakby pamięć tylko spała, a nie umarła.
I mam przeczucie… że pewnego dnia, gdy mętlik zacznie się rozpraszać, oni znów będą szeptać moje imię. Zaczęłam powoli przypominać.
Najpierw nie były to wspomnienia, tylko strzępy. Zapach dymu z mokrego drewna. Dźwięk łańcuchów, które nie należały do więzienia, tylko do czegoś… celebrującego. Cień wysokiej wieży, której nie ma już na żadnej mapie Królestwa. I głos – męski, spokojny, prawie łagodny – który mówił do mnie innym imieniem.
Nie Volira.
Imię, które kiedyś nosiłam, było dłuższe. Miało w sobie coś z błota i złota jednocześnie. Gdy próbuję je wymówić na głos, język drży, a w głowie pojawia się ostry ból, jakby ktoś wbijał sztylet prosto w skroń.
Pamiętam, że nie zawsze byłam Gnomką.
Albo… może byłam, ale nie w ten sposób. Rasa, którą teraz noszę, czuję jak źle skrojony płaszcz. Zbyt ciasny w ramionach, zbyt luźny w duszy. Czasem, gdy patrzę na swoje małe dłonie, widzę przez ułamek sekundy inne – dłuższe, bledsze, pokryte cienkimi bliznami po magicznych oparzeniach.
Wiem już, że nie uciekłam z lasu.
Zostałam tam zostawiona.
Ktoś mnie tam położył. Albo rzucił.
I zabrał coś, czego nadal nie potrafię nazwać.
W nocy, gdy zamykam oczy, widzę tę samą scenę coraz wyraźniej:
Stoję na kamiennym tarasie. Wiatr wieje od północy. Za mną ktoś płacze – kobieta. Przede mną stoi mężczyzna w czarnej szacie z symbolem, którego nie chcę rozpoznawać. Mówi:
„Jeszcze nie. Jeszcze za wcześnie. Musi zapomnieć.”
A ja… kiwam głową.
Dobrowolnie.
To jest najgorsze.
Nie zostałam zdradzona.
Zgodziłam się.
Dlatego teraz, gdy ktoś mówi o Illuminati, coś we mnie się kurczy. Nie z nienawiści. Z rozpoznania. Jakby ten symbol, który noszę na szyi, nie był przypadkiem. Jakby był… pieczęcią. Albo kluczem.
A klucz zawsze otwiera drzwi w obie strony.
Ostatniej nocy, gdy leżałam pod drzewem na skraju lasu, poczułam, że coś we mnie pęka. Nie ciało. Coś głębszego. Jak cienka błona oddzielająca mnie od tego, kim byłam.
I usłyszałam szept.
Nie z zewnątrz.
Z wewnątrz.
„Volira… to tylko imię na teraz.
Pamiętaj, że kiedy metlik wreszcie opadnie…
będziesz musiała wybrać ponownie.”
Tym razem nie bałam się.
Tylko… bardzo, bardzo się bałam, że gdy już wszystko sobie przypomnę,
to nie będę chciała być Volirą.
A przecież to jedyne imię, które jeszcze mi zostało.
|