Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 16 lat
Nieco wyobraźni


Bimbromir Aquila (ID: 6)


  • Ranga: Rycerz
  • Tytuł: Królewski Alchemik
  • Poziom: 1
  • Wiek: 7245
  • Rasa: Człowiek
  • Klasa: Wojownik
  • Charakter: Neutralny
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:

youtube.com/watch?v=izVy5a_iSOs
Napiszę, gdy sobie przypomnę, jak to uczynić. A gdy już, to przez lat wiele i w trudzie niemałym.

_____________________________________

Najprzystojniejszy w nikczemnej krainie Amorion elf rozsiadł się wygodnie na spróchniałej i nie budzącej zaufania gałęzi starej czereśni, rosnącej przy drodze, która zaczynała się w Elacce i biegła na północny wschód. Elf odziany był jedynie w portki z miękkiej, jeleniej skóry i mokasyny z podobnego materiału. Przeczesał dłonią starannie potargane włosy, na wypadek, gdyby zbłądziła w tej okolicy któraś z jego licznych wielbicielek. Na przykład Trissia, albo Cieniu. Elf liczył sobie tysiące lat i był pomarszczony jak orzeszek, mimo tego mógł się poszczycić niepospolitą gibkością, a także brązową opalenizną, która sprawiała, iż kudłate włosy porastające jego plecy złociły się pięknie w letnim słońcu. Mężczyzna powoli wyjadał najdojrzalsze czereśnie, a potem pluł pestkami na odległość, w kierunku Elakki, w którym to zresztą spoglądał od niechcenia, najwyraźniej kogoś wypatrując. Oczywiście nie dojrzałby nawet słonia, gdyby jakiś zaplątał się w pobliżu i przyłączył się do śniadania, gdyby nie magiczne, Epickie nerd-binokle. Artefakt ten liczył sobie kilka setek lat i sprawiał, że nawet ślepi od urodzenia, używając go, byli w stanie widzieć lepiej niż młody, polujący sokół. Tandetne podróbki Epickich nerd-binokli miał już obecnie prawie każdy mieszkaniec nikczemnej krainy Amorion, ale nie mogły się one równać po żadnym względem z oryginałem.
Starzec był owego dnia w wyjątkowo dobrym nastroju i zapragnął posłuchać śpiewu ptaków. Oczywiście był głuchy jak pień czereśni, na którym siedział, dyndając kuloskami. Elf odpiął przytroczony do pasa mosiężny róg. Był to kolejny ze zbioru artefaktów starca – Uchon, którego magia sprawiała, nie tylko że głusi mogli słyszeć, ale podobno nieboszczyki zaczynali tańczyć, gdy przytknęło im się ów instrument do ucha.
Nagle elf zmarszczył czoło i począł po raz czwarty już tego dnia sprawdzać zatrute strzały spoczywające w jego kołczanie. Milę od drzewa na trakcie zamajaczyły trzy punkciki, w których starzec bezbłędnie rozpoznał trzech krasnoludów.

_______________________________________

Cebrzyk z nieczystościami chlusnął na jaszczura, który przeważnie kończył dzień pracy w okolicy ulicy Świętego Ginstryda. Kończył o bardzo różnych porach, wliczając w to również poranki. Ulica Świętego Ginstryda była dla jaszczura darmowym hotelem, w którym z łóżka można było skorzystać w dowolnie wybranym miejscu, o ile ktoś potrafił się obyć bez pościeli.
Tuż obok zaparkował Mateusz, wychudzony do granic absurdu osioł, przypominający stworzenie nieumarłe, rumak bojowy, nocny stróż i jednostka transportowa, albowiem przy pomocy chomąta i starożytnej uprzęży przymocowan był do wózka załadowanego rupieciami o przeznaczeniu militarnym.
Jaszczur westchnął, a może zasyczał, po czym gorączkowo począł obszukiwać swój dobytek. To czego szukał, znalazł gdzieś pod rupieciami na wózku i był to bukłak z bimbrem nagotowanym ze szlachetnych gruszek pierdziołek. Przyssał się doń łapczywie pod świdrującym i pełnym wyrzutu spojrzeniem Mateusza, który zdawał się mówić: „Daerael kazała się dzielić kanalio!”. Jaszczur nigdy nie karmił swojego rumaka, ale przynajmniej nie zapominał o pojeniu, osioł miał zresztą upodobania kulinarne bardzo zbliżone do upodobań jego pana.
Posileni udali się w stronę rynku, za cel mając najlepszą gospodę w Elacce - „Stolen Crown”

_______________________________________

Jedyny w Elacce krasnolud, który golił brodę i mył ręce przed posiłkiem, przechadzał się ulicą Jubilerów. Szedł wyprostowany jakby miotłę połknął i od czasu do czasu kłaniał się uprzejmie i dystyngowanie przechodniom, uchylając przy tym wypolerowany do granic niemożliwości, stalowy kapalin, który lśnił blaskiem jaśniejszym od blasku niejednego kamyka ze sklepowych wystaw.
„Pański hełm jest niezgodny z przepisami przeciwpożarowymi” - głos należał do strażniczki Ran.
„Z całym szacunkiem, moja pani, ale nic mi nie wiadomo, aby moje nakrycie głowy stanowiło zagrożenie dla tego miasta, ponadto na dzień dzisiejszy w mieście Elakka nie obowiązują przepisy odnoszące się do zagadnień związanych z rozprzestrzenianiem się ognia.”
Ran przypuściła atak z innego kierunku: „Przychodzi baba do uzdrowiciela i mówi: jeśli mnie wyleczycie dobrodzieju, to umrę ze szczęścia”
Krasnolud milczał uprzejmie.
„Przychodzi baba do uzdrowiciela i mówi: „mam wytrzeszcz”, a uzdrowiciel na to: „poluźnić warkocz”.
Krasnolud stał z kamienną twarzą i strażniczka mimo całej jego uprzejmości poczuła się bardzo niezręcznie. W tej samej jednak chwili podbiegł do nich młody, zziajany niziołek i wręczył krasnoludowi jakiś karteluszek. „To na pewno do mnie?” zapytał krasnolud, przywykły do bardziej oficjalnych form korespondencji. „Jasne panie, nie da się was pomylić z nikim w tym mieście”.
Strażniczka skinęła głową i skwapliwie skorzystała z okazji do wycofania się.
Tymczasem jegomość w lśniącym kapalinie rozłożył zgięty na cztery karteluszek i znalazł tam wysmarowany koślawymi literami napis: „Stolen Crown - dzisiaj po zmierzchu”

_______________________________________

Elf czekał aż krasnoludy wejdą w zasięg strzału. Trochę mu się zaczynało dłużyć, ale nie mógł się niczym zająć. Skoncentrował się na swoim daikyu. Nie mógł sobie dokładnie przypomnieć czemu ten łuk nazywa się daikyu, ani jak stał się jego posiadaczem. Daikyu znalazło się w piwnicy, która po przeszło dwóch tysiącach lat użytkowania stała się oddzielnym światem, w którym można było dokonywać niezwykłych odkryć, a nierzadko też przeżyć jakąś przygodę. Daikyu był potężnym łukiem, o krok wyprzedzającym, w celności, nośności i sile wszystko to, co powstało w nikczemnym królestwie Amorion. Miało tylko jedną wadę, no może dwie... Nie imała się go żadna magia, a poza tym był to łuk długością przewyższający nawet najwyższych spośród ludzi, nie wspominając już o elfach. Starzec sięgnął po kolejną czereśnię, przeżuł ją bez entuzjazmu i wypluł pestkę. Niestety nie była już tak smaczna, albowiem myśli elfa wypełniały obrazy zbliżającego się wiadomego kurdupla, śmiertelnego wroga.

_______________________________________

Mateusz był bardzo starym osłem. Rodzice jaszczura byli biedni i nie kupili swojemu dziecku pieska, ani kotka, ani chomika, jak zwykli to czynić inni rodzice. Mateusz po prostu znalazł się, przybłąkał i nikt nigdy nie zastanawiał się skąd. Jaszczur pokochał Mateusza tak, jak inne dzieci kochają misie, lalki, króliki, albo pieski. Inne dzieci nie lubiły się bawić z jaszczurem, więc pozostawał mu Mateusz, towarzysz zabaw i niemy powiernik jaszczurzych marzeń oraz sekretów.
Zżyli się jak pchła z psim grzbietem. Spędzali ze sobą tak wiele czasu, że Mateusz stał się najlepiej wytresowanym osłem w historii nikczemnego królestwa Amorion, a jaszczur traktował go jak równego sobie, rozmawiając z nim, tak jakby osioł był istotą rozumną. Prawdopodobnie zresztą taką był, mimo braku daru mowy i pary kończyn górnych z przeciwstawnym kciukiem, który innym rasom pozwalał rozwijać cywilizacje techniczne.
„Mateuszsz” - zapytał jaszczur - „A jak by my tak najsssamprzrzód wssstąpiły do rojal laberdżaka?”
Mateusz wzruszył uszami, co oznaczało, że jest mu wszystko jedno.
„Drwal, dobry klijent, wszszyssstko mu idzie wcisssnąć”
Decyzja została podjęta i nasi bohaterowie udali się do pobliskiej karczmy Royal Lumberjack.

_______________________________________

Jan Kowalski wrócił do domu i z największą pieczołowitością powiesił na wieszaku swój błyszczący kapalin. Błyszczący, niczym białe zęby czarnoskórego sługi – Antoniego Pażdziocha, do którego to zresztą dobrowolnie przyjętych obowiązków należało między innymi cyzelowanie kapalinu. Antoni Pażdzioch był dwumetrowym dryblasem, nieco otyłym, ale mimo tego umięśnionym jak tygrys i gruboskórnym jak słoń. W przeszłości niejednokrotnie dowodził, iż jego wartość bojowa w wąskiej bocznej uliczce Ellaki, zacznie przewyższa możliwości dobrze uzbrojonego oddziału straży miejskiej, nie wspominając już o bandach przemytników, czy zwykłych rabusiów.
„Antoni” rzekł Jan Kowalski „teraz będę grał na waltorni”.
Pażdzioch pomknął jak strzała do pokoju muzycznego by po dwóch sekundach wrócić z pieczołowicie ułożoną na dużej, pozłacanej poduszce waltornią.
„Natomiast wieczorem udam się do lokalu „Stolen Crown”, gdzie będę miał do załatwienia ważne interesy” kontynuował Kowalski układając już w dłoniach waltornię.
Antoni zapiał z zachwytu „Dobra pan, dobra, grać na ten puzon a Antoni szykować się na wieczór”.
Po chwili był już w kuchni i począł ładować do wora wszystkie kuchenne noże a następnie inne ostre sztućce, które w jego wyobrażeniu mogły się okazać niezbędne na wieczornej wyprawie do karczmy. Zamarł jednak w zachwycie, gdy Kowalski zagrał na waltorni. Był wirtuozem tego instrumentu, a Antoni Paździoch został sługą krasnoluda nieodpłatnie, tylko po to, by czasem móc posłuchać wielkiego artysty.

_______________________________________


Trzech krasnoludów zbliżało się do pozycji strzeleckiej Bronisława Wróbla. Szli boso, chwiejąc się i zataczając, wzajemnie podtrzymując, ze śpiewem na ustach: „pójdę boso, pójdę boso”, którą to zresztą deklarację już spełnili. Żaden z nich nie mógł sobie przypomnieć innego kawałka piosenki, toteż w kółko wykonywali tę jedną frazę, przy czym każdy zaczynał w innym momencie, starając się przekrzyczeć kompanów. Bronisław przygotował się do strzału i uświadomił sobie, że coś było nie w porządku. Cięciwa zaplątała się w gałęziach. „Kurza twarz!” zaklął szpetnie Wróbel „właśnie teraz, gdy mógłbym naszpikować wiadomego kurdupla tak, że zaadoptowałby go bez wahania każdy jeż w tym nikczemnym królestwie!” Bronisław spróbował uwolnić cięciwę z niespodziewanej pułapki. Działał w pośpiechu i pod presją czasu, toteż efekt jego starań ostatecznie był odwrotny do zmierzonego. W melancholijnym nastroju przyglądał się przemarszowi oddziału kurdupli. Teodor Arbuz, jego śmiertelny wróg oraz dwaj najlepsi przyjaciele Teodora: Sławomir Bakłażan i Remigiusz Ogórek.
Bronisław Wróbel siedział cicho na starożytnej czereśni. Cała przewaga jaką dawała mu długo i starannie przygotowywana zasadzka, została zniwelowana przez wypadek z niezawodną dotychczas bronią.
Kurduple doszły do drzewa. „Będę sedził siemniaki” oznajmij Teodor przerywając wykonanie znanego i nielubianego przez szewców przeboju. „Sadził ziemniaki?” Zapytał z niedowierzaniem Remigiusz Ogórek. „O tej porze roku się sedzi kapustę” - dodał Sławomir Bakłażan, który przez całe życie nie wyhodował nawet chwastu. „Mówię, że będę sedził siemniaki” - upierał się Teodor Arbuz „szyli mam na myśli, sze oszczam tego badyla, tak się tylko mówi: szadzić siemniaki”.
Wiadomy kurdupel podszedł do drzewa, sięgnął do rozporka, spojrzał w górę... i zamarł...


C.D.N.

Ród Aquila


Łatwo jest utrzymać falangę podczas jednej bitwy, ale któż jest w stanie tego dokonać krocząc równo z biegiem historii? Jesteśmy jak stare drzewo, korzeniami wrastając w głębokie pokłady przeszłości, która niegdyś była teraźniejszością początków Amorionu.
Jeśli potrafisz odczytać pismo kamienia układanego na kamieniu, mowę starych murów, po zmierzchu, gdy ucichnie szum poranka, zgiełk południa i szelest wieczora, udaj się na najwyższą wieżę i ogarniaj miasto spojrzeniem jak ptak. Posłuchaj dzwonienia kowalskich młotów, których ostatnie echa błądzą od wieków w wąskich zaułkach.
Każde z nas było jak liść niesiony wiatrem w nieznanym kierunku. Pojedyncza istota jest ulubioną igraszką losu, zabawką fortuny. Ileż było w każdym z nas marzeń? Ileż było niepojętej tęsknoty? Nigdy nie przysięgaliśmy sobie wierności, nie przelewaliśmy za siebie krwi. Połączyła nas praca, znój od świtu do późnej nocy, wieczne zmagania z martwą materią, której nadawaliśmy nowe kształty. Lojalność jest wyższą formą miłości i przyjaźni. Jeśli robisz coś dla kogoś, jeśli robisz coś z kimś wspólnie, lecz bez dyktatury uczuć, które narzucają fałszywy altruizm, to możesz o sobie powiedzieć, iż jesteś częścią czegoś w i ę k s z e g o.
Wszystko zaczęło się od mithrylu, on dał nam bogactwo i potęgę. Był jak pokarm, dzięki któremu wzrastaliśmy. Prawdziwe piękno jest tworem natury, zaś rzemiosło, które potrafi wydobyć piękno z martwych przedmiotów nazywa się sztuką. Taki był nasz cel: zamieniać wszystko w dzieła sztuki cierpliwą, pokorną pracą. Podejmując wyzwania, osiągaliśmy swoje cele nie bacząc na to, jak odległe były na początku drogi.
Kroczymy falangą przez meandry historii.



.