Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 16 lat
Nieco wyobraźni


Enzetel Del Rey (ID: 196)


  • Ranga: Karczmarz
  • Poziom: 188
  • Wiek: 1881
  • Rasa: Wampir
  • Klasa: Rzemieślnik
  • Specjalizacja: Hutnik
  • Charakter: Zły
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:



1.

W nieprzebranym tłumie wokół buzuje nienawiść. Triumf niesie się we wrzasku dziesiątek gardeł, żądzą krwi ociekają wykrzyczane słowa. Wzniesione pięści wygrażają, choć czas gróźb już minął. Gdzieś tam pośród nich stoję i ja. Również patrzę na oczekiwane widowisko.

Za plecami szeregu uzbrojonych strażników stoi pomost. Zazwyczaj pusty, niosący wymowne ostrzeżenie samym tylko istnieniem, dziś gości na swych deskach trzech mężczyzn. Jeden z nich już go nie opuści, myślę sobie, patrząc na ponury słup szubienicy widoczny zza morza głów, które przyszły napawać się widokiem śmierci. Chyba tylko ja jedna tutaj o niej nie myślę. Chyba tylko ja nie rwałabym na sztuki człowieka stojącego teraz z pętlą na szyi, gdyby pozostałych dwóch zdecydowało się jednak wydać go tłumowi.

Wolałabym stać bliżej, jednak mrowie wściekłych ludzi nie dopuści mnie tam. Każdy z nich chce mieć dobry widok na egzekucję. Ja zaś pragnę tylko spojrzeć skazańcowi w oczy. Są niesamowitego, złotego koloru, cudownie błyszczą w świetle zachodzącego słońca. Wiem to, spoglądałam w nie nieraz. Dziś oczy te, niewzruszone jak zawsze, patrzą w niebo ponad dyszącą żądzą odwetu tłuszczą, a przesłaniają je skudlone, tłuste, ciemne włosy.

– Enzetelu Grant! – odzywa się drugi ze stojących na pomoście: starzec w drogich szatach z herbem królewskim. Jego głos jest nadzwyczaj donośny i niesie się po placu jakby ponad panującą tam wrzawą. Głosem tym wymienia powoli, dając tłumowi czas na wyrażenie oburzenia po każdym słowie. – Winny trzykrotnego zabójstwa, bluźnierstwa, zbezczeszczenia świątyni i kradzieży jej mienia…

Wrzask narasta, w stronę skazańca lecą jajka i odpadki.

– Niech bogowie zmiłują się nad twą duszą – kończy urzędnik.

Ktoś obok mnie wrzeszczy, że dla takich nie ma przebaczenia. Inny dodaje, że gdyby nie prawo królestwa, łamaliby go kołem albo nabili na pal, gdzie zdychałby w mękach godzinami, i to byłaby jedyna sprawiedliwa kara. Jeszcze ktoś domaga się wydania skazanego w ręce tłumu. Ja nie chcę już niczego. Tylko spojrzeć w te cudowne złote oczy. Ostatni raz.

Odczytano wyrok, przemówiło prawo. Przedstawienie zbliża się do końca. Teraz przychodzi pora na trzeciego z aktorów na tej ponurej scenie. Potężnie zbudowany zamaskowany kat nonszalanckim krokiem podchodzi do skazańca. Sprawdza założoną pętlę. Nagła, pełna wyczekiwania cisza zapada na placu, gdy kładzie rękę na dźwigni. Enzetel dalej patrzy w niebo.

Chociaż nie widzi mnie, na pewno zdaje sobie sprawę z mojej obecności. Może sama ta świadomość przyniesie mu nieco ukojenia. Oby wiedział, że choć jedna osoba w tej zbieraninie chorych z nienawiści ludzi nie życzy mu źle. Oby.

Nie mogę dłużej patrzeć, odwracam wzrok. Potem jest już tylko przeraźliwy trzask opadającej zapadni i natychmiastowy wybuch gromkiego, pełnego brutalnej uciechy wycia. Staram się go nie słuchać. Jakiś człowiek obok potrąca mnie, krzycząc coś, inni w podnieceniu napierają z tyłu, czyjeś wzniesione ramię uderza mnie w głowę. Stoję z zaciśniętymi powiekami i czekam, aż to się skończy. Długo czekam, aż nasycą się śmiercią. Cierpliwie znoszę pełen inwektyw ryk, aż z wolna zaczyna cichnąć, gdy tłum rozchodzi się. Koniec przedstawienia, nie ma na co już patrzeć. Strażnicy wracają do ważniejszych zadań, kat kończy kolejny dzień pracy, zniesmaczony urzędnik ucieka co prędzej, wykonawszy obowiązki. Wreszcie zostaję tu sama. Sama z nim.

Sama z Enzetelem Grant, jedynym człowiekiem, którego prawdziwie kochałam, a którego martwe złote oczy wybałuszają się teraz groteskowo, gdy jego ciało dynda na stryczku poruszane lekkim wiatrem.


*


Tam, gdzie wstępu nie ma nadzieja… żadna droga już nie prowadzi… gdzie wiatr świszczący popioły z sobą niesie… cienie śpiewają żałobne pieśni na bezkresnych polach Teutaru…

Wśród fal mroku, co nadpływają leniwie, ona trwa… milcząca…

Twarz pani na nocnym niebie, otoczona bladym blaskiem… słucha pieśni z zamkniętymi oczami… Teute, moja pani… nie patrzy na mnie… nie patrzy… nie czas to jeszcze…

Jeszcze nie czas…

Czy słyszysz mnie?



*


– Słyszysz mnie, panie?

Głos zdaje się dobiegać z bardzo daleka. Mężczyzna otwiera oczy i natychmiast je mruży, porażone boleśnie światłem, od którego odwykły. Okrutnie zdrętwiałymi dłońmi odruchowo próbuje otrzeć twarz z mokrej ziemi.

– Jak się czujesz? Udało się, prawda? Oczywiście, że tak…

Wszędzie ziemia: w uszach, w nozdrzach. Przy głębszym wdechu łapie go atak rozdzierającego kaszlu.

– Ostrożnie, panie! – znów mówi do niego jakiś cienki głos. – Musisz dojść do siebie. Niesamowite!

Wspomnienia nadpływają powoli, czuje jakby wyłaniał się z jakiejś mrocznej głębi. Już wie, kim jest. Pamięta, co zaszło.

– Niesamowite – powtarza głos z zachwytem. – Czar… zadziałał!

Mężczyzna z trudem podnosi się do pozycji siedzącej. Wściekle wypluwa zgrzytający mu między zębami piach. Patrzy dokoła. Chłopaczek pochyla się nad nim, niesforna grzywka opada mu na pełną nabożnej czci młodą twarz. Dzień dopiero wstaje, poranne słońce z trudem przebija promieniami kłębowisko ciemnych, nisko zawieszonych na niebie chmur. Ziemia przesiąkła po całej nocy deszczu, myśli mężczyzna, odgarniając z twarzy umazane błockiem, skołtunione włosy. Nieco dalej pod dziurawym, zaniedbanym płotem widzi rozkopaną ziemię i wbitą weń łopatę. Jak psa, za ogrodzeniem, wśród innych szubrawców, myśli wściekły. Słaby wiatr od cmentarza przynosi woń mokrej gleby. Zza połamanych desek w szarudze majaczą kamienne nagrobki.

Znów oczyszcza gardło z gęstej flegmy, nim próbuje przemówić.

– Przygotowałeś wszystko? – jego głos i tak brzmi jak skrzypiący zawias.

– Tak, panie – ochoczo odpowiada chłopak. – Koń czeka w zagajniku wraz z prowiantem i ekwipunkiem, gotów do drogi. Mam też to. – Podaje mu obuszek.

Mężczyzny mocno chwyta solidną drewnianą laskę, drugą rękę opiera na wieńczącym ją stalowym młotku. Gniewnie odtrąca pomocną dłoń młodzieńca. Enzetel Grant wstaje z mozołem, wspierając się na obuszku. Choć wszystkie członki rwą go boleśnie, czuje, że z każdą chwilą odzyskuje siły. Chłopak obserwuje go z fascynacją.

– Wszystko jak planowałeś, panie. Kat wziął pieniądze. Dał zbyt mało sznura i kark wytrzymał. Ale twoja szyja pomimo czaru…

Cóż, zostanie pamiątka, myśli Enzetel, czując pod palcami grubą wisielczą bruzdę.

– Zakop to i zatrzyj ślady.

Młody natychmiast rusza wykonać polecenie. Enzetel zaś ogląda swe czarne od brudu dłonie, porusza palcami, zaciska pięści. Unosi obuszek nad głowę, rusza kilka razy ramieniem. Oto jest wolny. Nikt już nie wyruszy za nim w pościg.

Któż miałby ścigać umarłego?

– Czary nie istnieją – mówi do pleców chłopaka zajętego zasypywaniem grobu. – Myślisz, że podniosłe inkantacje różnią się czymkolwiek od sprośnych piosenek śpiewanych przez opojów w karczmach?

Nawet jeśli młodzieniec coś na ten temat myśli, posłuszny jak zawsze nie przerywa pracy. Enzetel ciągnąc, przechadza się, by rozruszać słabe wciąż nogi.

– Słowa nic nie znaczą, jeśli nie niosą ze sobą nieugiętej woli. Gdy jest dość silna, nic jej się nie oprze. Wiesz dlaczego?

– Panie…?

W ramiona mężczyzny na powrót wstępuje życie, palce przypominają sobie ciężar broni. Czuje, jak krew zaczyna krążyć żywiej.

– Ponieważ zdąża do celu. To on nadaje kształt człowieczemu losowi. Cel, a także…

Ciężka laska znów wydaje się nic nie ważyć, jak dawniej. Wzniesiony nad głowę stalowy obuch błyszczy w słabowitych promieniach wschodzącego słońca.

– … cena, którą trzeba zapłacić za jego osiągnięcie.

Chłopak jest zbyt powolny. Rozpędzony obuszek z tępym odgłosem spada na jego potylicę, nim zdąży się odwrócić. Drobne ciało wiotczeje natychmiast jak odcięta od prowadzących sznurków pacynka i wpada do na wpół zasypanego grobu.

Kilka chwil później nie widać nawet śladu po rozgrywających się tutaj wydarzeniach. Ziemia jest równo uklepana, a wszelkie pozostałości, które mogłoby wypatrzyć wprawne oko, wkrótce zetrze deszcz. Enzetel Grant odchodzi bez pośpiechu. Idąc w kierunku niewielkiego lasku, z daleka już słyszy słabe rżenie konia.

Królestwo Amorion, wymawia w myślach cel czekającej go długiej podróży; odległa kraina, gdzie nikt go nie zna i nikt nie będzie pytał o ciągnącą się za nim tak długo przeszłość, którą tego dnia pogrzebał w tej bezimiennej mogile.




2.

Biegnący w dół mroczny korytarz. Zapach stęchlizny. Odgłosy kroków moich i trójki prowadzących mnie ludzi. Ledwo je słyszę. W uszach wciąż wybrzmiewa mi odczytywany wypranym z emocji, dobrze znanym głosem wyrok.

Znam również i to miejsce. Za chwilę na ścianie po prawej ujrzę zbrązowiały ślad rozchlapanej dawno temu krwi. W przeszłości idąc tędy kilkukrotnie, za każdym razem dumałem nad jego historią.

Pokornie daję się prowadzić. Choć wiem, że wymierzony w moje plecy grot włóczni wcale nie jest gorszym losem od tego czekającego mnie na końcu korytarza, mimo to idę posłusznie. Być może to przez lata wpajanej mi dyscypliny, może przez tlącą się gdzieś na dnie duszy iskrę naiwnej nadziei na cud. A może po prostu wiem, że zasłużyłem na zasądzoną karę... za wszystkie wymienione w wyroku, jak również te dawno pogrzebane w przeszłości grzechy.

Jesteśmy na miejscu. Milczący pochód zatrzymuje się przed solidnymi drzwiami zaopatrzonymi w zakratowaną szczelinę na wysokości naszych oczu. Stojący po mojej prawej mężczyzna, jako jedyny trzymający zapaloną pochodnię, otwiera je kluczem. Kiedy przepuszcza mnie w progu, patrzy mi w oczy obojętnie. Wymawiam jego imię, lecz tylko w myśli. Tak, znam go. Niegdyś ta beznamiętna twarz śmiała się razem ze mną. Wspólnie opróżniliśmy niejedną beczkę piwa, niejedną duszę na rozkaz posłaliśmy w niebyt. Kiedyś mogliśmy na siebie liczyć. Patrząc w te oczy, widzę je – poprzez mgłę minionych lat – takimi, jakie były dawno temu. Pamiętam, jak patrzyły na mnie błagalnie, jak mówiłem do nich, że wszystko będzie dobrze, uciskając mocno krwawiącą po pchnięciu mieczem ranę. Pamiętam ich późniejszą wdzięczność zmieszaną ze wstydem z okazanej słabości. Widzę te same oczy i w świetle pochodni dostrzegam w nich jedynie pustkę.

Staję w progu ciemnego wnętrza. Przeciwległa ściana celi ginie w mroku, ale ja dobrze wiem, kto tam na mnie czeka. Wiem, gdyż przed kilkoma ludźmi sam otwierałem te drzwi. Daję krok naprzód. Trójka mężczyzn pozostaje na zewnątrz. Czekam, nie oglądając się, aż z hukiem zamkną ciężkie drzwi, a klucz zachrzęści w zamku. Gdy to następuje, mrok gęstnieje. Widzę cokolwiek jedynie dzięki słabemu blaskowi pochodni z zewnątrz.

W zapadłej ciszy dobiega mych uszu jedynie chrapliwy oddech z ciemności. Czekam, wsłuchany w narastającą w nim żądzę. Wyobrażam sobie przebierające niecierpliwie kościste palce, wychudłe kolana sprężające się do skoku. I gdy wreszcie w ciasnym pomieszczeniu rozbrzmiewa udręczony pragnieniem wrzask, ledwie na mgnienie oka mizerne światło ukazuje trupio blade oblicze o pokrytych bielmem oczach i dwa długie kły błyskające z rozwartej szczęki. Potem już całkiem otula mnie miłosierna ciemność, lecz nie na długo.

Świadomość przywraca mi ból. Leżę gdzieś w rynsztoku pod rozgwieżdżonym nocnym niebem, a w moją klatkę piersiową raz za razem uderza niewidzialny młot, metodycznie roztrzaskując każdą kość. Wcześniej proces ten znałem tylko w teorii. W starych księgach, zawierających wiedzę dostępną jedynie nielicznym wybranym, czytałem, jak szkielet ukąszonego ulega przeobrażeniu; mostek twardnieje i zbija się w kościany relikwiarz, otaczający umierające serce. Niegdyś, pełen mrocznej fascynacji, oglądałem ryciny ukazujące wyrastanie kłów – piętna i przekleństwa losu dzieci nocy. Teraz, wijąc się w agonii na brudnej ulicy, przyjmuję ów los. Przyjmuję na wieczność.

Gdy kilkanaście minut później z otchłani bólu wreszcie wyłania się racjonalna myśl, wstaję z trudem. Wiem, że nie mogę tu zostać, nie mogę zwracać na siebie uwagi. Odtąd zawsze już będę musiał uważać, unikać ludzi, by zachować to nowe, przeklęte życie. Wiem o tym sporo, gdyż spędziłem wiele lat badając, tropiąc i niszcząc takich jak ten, co przed chwilą narodził się obleczony w moje ciało, wśród smrodu nieczystości rynsztoka.

Tej nocy łowca stał się zwierzyną łowną.