Logowanie

Email:
Hasło:

Przypomnij hasło...

Nie masz jeszcze konta?
Dołącz do nas!




Ekran: 1024x768
Javascript: włączone
Wiek min. 15 lat
Nieco wyobraźni


Laris Hathel (ID: 431)


  • Ranga: Mieszkaniec
  • Poziom: 1
  • Wiek: 307
  • Rasa: Człowiek
  • Klasa: Łowca
  • Płeć: Mężczyzna


Profil gracza:

And everything I lost wasn't much compared to all
I had to lose


Gościńce rzadko kiedy bywały zatłoczone. To w jedną to w drugą stronę gnali posłańcy i kurierzy, najmowani przez mniej lub bardziej zamożnych kupców i szlachtę, czasem zdarzali się bandyci (w tym najmowani przez bardziej zamożnych kupców i szlachciców), czasem przeszła też kolumna wojska.
Traktami ciągnęli też pielgrzymi, włóczędzy, dziady proszalne, łowcy nagród, albo szaleni paladyni.
Tak, paladyni zawsze byli szaleni.

Laris jechał stępem na swoim drobnym kasztanie. Nie spieszyło mu się. Wodze trzymał luźno, pozwalając wierzchowcowi nieść tam, gdzie zechce, byle po trakcie, byle przed siebie. Pogrążony w myślach patrzył na wprost nieobecnym wzrokiem.

~*~


Miał już dosyć bagien.
Smród, robactwo, wilgoć. W zmiennym natężeniu i rozmaitych konfiguracjach. Kleszcze wielkie jak żuki, żuki wielkie jak polne kamienie, a o kamieniach to już szkoda gadać.
Z początku nic nie zapowiadało, że zostanie tu dłużej. Szybka, łatwa i miła robota, odstrzelić nadzwyczajnie wielkiego wilka. Miejscowi mogliby to zrobić sami, gdyby tylko im się chciało, ale rozeszła się między nimi plotka o karze za grzechy i demonicznym pochodzeniu wilka.
Laris nie kupował takich bajek. Demony owszem, mogły opętywać zwierzęta (z czasem nabierał przekonania, że żukokleszcze mają piekielny rodowód, bo przez trzydzieści lat życia nigdy nie widział takich bydląt), ale były świadome swojej siły. Nie bawiłyby się w zżeranie mułów, osłów i zabłąkanych dzieciaków. Nie, demony prędzej skrzyknęłyby ferajnę i wytłukły jedną wieś po drugiej, aż w końcu ustanowiłyby się lokalnym bóstwem do czasu przybycia jakiegoś pomazańca - czy też raczej pomyleńca - który ogniem i mieczem przepędziłby je z powrotem do piekła.
Tak jak się spodziewał, poszło łatwo. Wilk był wielkości kuca, ale bełt rozwalił mu czaszkę tak samo łatwo jak wszystkim innym wilkom w historii wilków.

Schody zaczęły się nieco później, gdy odebrał złoto za bydlę.
Postanowił skierować się ku Sith. Jesień miała się ku końcowi, najwyższy czas by przezimować, naprawić sprzęt i odkarmić konia na tyle, żeby nie wystawały mu kości. Albo sprzedać szkapę w cholerę zanim zdechnie ze starości. Tylko co wtedy? Na piechotę będzie ganiał od wsi do wsi? Nieważne, czas pokaże.
Był już w połowie drogi, gdy natknął się na pierwszych nieboszczyków. Początkowo wziął ich za strachy na wróble, ale nie pasowała mu sceneria - strachów na wróble nie ustawia się przecież na łąkach tylko na polach. I żadne pole nie jest tak daleko od wsi.
- Przesrane, kumotrzy - mruknął pod nosem gdy podjechał bliżej. - Zobacz, Orkan, za co w dzisiejszych czasach nawlekają. Dwóch chłopaków za kradzież pańskiego chleba. A jaka oszczędność drewna, dwóch na jednym palu posadzili!
Orkan parsknął i nic nie powiedział. Nic dziwnego, był koniem.
Sposób egzekucji faktycznie był efektowny. Rzadko zdarzało się by na pal nabijano po dwóch. Laris nie wiedział, jak tej sztuki dokonać, ale wyobrażał sobie, że pierwszego skazańca musiano wbijać tak długo, aż pal wyszedł mu przez klatkę piersiową. Drugiego po prostu naciągnięto dupą na tyle, by stabilnie osadzić na kołku i tak zostawiono. Ale coś tu Larisowi nie pasowało. Nie wiedział tylko co.
- Wracajmy na trakt, Orkan - mruknął do konia - dobrze by było znaleźć gospodę przed zmierzchem.

Na zbrojnych natknął się zanim jeszcze wrócił na trakt. Było ich dziewięciu, uzbrojonych w kusze lub glewie, ale ich dowódca trzymał w ręku morgensztern. Wyjątkowo paskudnie wyglądający morgensztern z plamkami rdzy na kolcach i głowicy. Na widok Larisa kusznicy unieśli broń mierząc pomiędzy uzbrojonymi w glewie towarzyszami.
- A cóż to, kumie, zbłądziliście? - zawołał dowódca. - To włości markiza de Caesare, więc jeśli myślicie wstąpić na służbę, to idźcie z nami.
- Dziękuję waszmości za ofertę, ale proszę przekazać panu, że nie mogę skorzystać. Śpieszno mi do Sith.
Knecht roześmiał się rubasznie. Laris podjeżdżał coraz bliżej, ale nikt nie reagował. W końcu łowca zatrzymał się dwadzieścia kroków od szyku i piętnaście od dowódcy - krępego, chorobliwie bladego człowieczka ubranego w karmazyn i srebro.
- To nie była oferta, kumie. Jego mość markiz nakazuje każdego przybłędę sprowadzić do zamku. A wyście przybłęda, więc najlepiej wam markizowi służyć.
- Nie wydaje mi się - odparł Laris obojętnie, dyskretnie opierając dłoń na rękojeści szabli przypiętej do siodła przy lewym kolanie. - Tych dwóch na palu to z rozkazu wielmożnego?
Knecht otaksował łowcę spojrzeniem. Jego oczy, jak zauważył Laris, były pozbawione wyrazu, jak u lalki.
Albo trupa.
- Z jego - odparł w końcu. - I z jego też możecie na palu zmarnieć, jeśli po dobroci z nami nie pojedziecie. To jak, kumie, dogadamy się?
Pięciu z kuszami, pomyślał Laris. Z tej odległości trafią z zamkniętymi oczami mnie i Orkana, nawet jeśli będą celować w konia. Zdążyłby usiec jednego, dopaść jeszcze dwóch, jeśli miałby szczęście. Tylko po co? Grozili mu, to fakt, ale markiz de Caesare nie wyglądał na tyrana. Okrutnika, owszem, ale widać takie to czasy teraz. Szlachcice mieli swoje rozrywki, a markiz widocznie odnajdował się w okrutnych egzekucjach.
- Prowadźcie - odparł Laris wzruszając ramionami.

~*~


Zamiast typowego zamku markiz miał dwór otoczony niewysokim murem. Larisowi bardziej przypominał folwark czy posiadłość pomniejszego szlachcica niż rodową siedzibę arystokraty. Możliwe jednak, że poza tytułem i garstką zbrojnej czeladzi markiz nie posiadał nic.
Dworek miał dwa piętra i nie zdradzał oznak zaniedbania, podobnie jak ogród i sad, mieniące się jesiennymi kolorami. Koniem Łowcy zajął się stajenny. Co ważniejsze, Larisowi pozwolono zabrać szablę i nóż, który nosił w pochwie za plecami.
Gospodarz przywitał go osobiście na ganku dworku. To dało Łowcy do myślenia, bowiem nawet najdrobniejszy szlachcic rzadko osobiście wychodził do tak pośledniego gościa, jak przyprowadzony z gościńca przybłęda.
- Witam w moich skromnych progach!
- Panie - Laris z wystudiowanym szacunkiem skłonił głowę, jednak markiz wyciągnął do niego rękę.
- Proszę darować sobie służalcze gesty. Wierzę, że jesteśmy sobie równi. Wzrostem zapewne nie, ale statusem z pewnością.
Markiz miał rację co do wzrostu. Był wyższy od Larisa o głowę, smukłej budowy. Rysami twarzy przypominał elfa, jednak uszy miał normalne. Może był mieszańcem?
- Nie powiedziałbym - odparł Łowca, ściskając dłoń gospodarza. - Laris Hathel.
- Markiz de Caesare. Ale to już z pewnością pan wie, panie Hathel - markiz cały czas uśmiechał się samymi ustami, ale na dźwięk nazwiska Larisa oczy zwęziły mu się niezauważalnie na krótką chwilę. - Pozwoli pan ze mną. Służba wskaże panu pokoje...
- Nie chcę się narzucać wielmożnemu - powiedział Laris nie ruszając się z miejsca. Przez twarz markiza przebiegł ledwie dostrzegalny gniewny grymas. Łowca nie zwróciłby na to uwagi w innych warunkach, ale tutaj wszystko było nie tak. Służba zachowywała się jakoś nienaturalnie, jakby zbyt dystyngowanie. Laris widywał niewolników, którzy całe życie wyłącznie służyli swemu panu, ale nawet oni byli bardziej... Ludzcy. Zdawać się mogło, że żołnierze markiza, służący domowi i inni są jak marionetki w rękach lalkarza i jeśli odciąć sznurki padną i przestaną się ruszać.
- W żadnym wypadku się pan nie narzuca, panie Hathel! - odparł ciepło de Caesare. - Po prostu miłym jest mi każdy gość, a takim ludziom jak pan należy się szczególna uwaga i pomoc, zwłaszcza na szlaku.
- Takim jak ja? - zdziwił się Laris. - Nie sądziłem, że jestem tak powszechnie znany...
- Laris Hathel. Syn Lasara Hathela, brat Narvo i Firina. Łowca Nieumarłych, wcześniej, wraz z braćmi, inkwizytor. To dla mnie ogromny zaszczyt.
- Nie wątpię - odparł Laris, choć w istkcie bardzo wątpił. Aura tego miejsca w ogóle mu się nie podobała. Choć z drugiej strony, perspektywa kolejnej nocy pod gołym niebem też nie nastrajała optymistycznie. - Proszę o wybaczenie, panie, zdziczałem na szlaku.
Markiz uśmiechnął się swym bladym uśmiechem i przepuścił Łowcę w drzwiach.
- Proszę czuć się jak u siebie, panie Hathel.
Korytarz prowadził do salonu, zapewne pełniącego funkcję jadalni. Na ścianach wisiały obrazy przedstawiające kolejnych markizów de Caesare oświetlone lampami olejnymi.
Salon urządzony był skromnie, nie była to ani sala balowa, ani jadalnia wielmoży. Ściany zastawiały sięgające sufitu regały książek, pergaminów i rękopisów, zaś przed sporym kominkiem ustawiono dwa głębokie fotele miedzy którymi znajdował się stolik. Okrągły stół jadalny stał na drugim końcu pomieszczenia i zawalony był papierami. Tuż za nim były schody prowadzące na piętro oraz drzwi do kuchni.
Larisowi zdało się, że słyszy stamtąd stłumione jęki. Spojrzał przelotnie w tamtą stronę, ale nie odezwał się nawet słowem do markiza.
- Ach - de Caesare przyłożył dłoń do czoła w teatralnym geście. - Cóż ze mnie za gospodarz! Nie zaproponować gościowi nawet szklanki wody! Proszę mi wybaczyć, panie Hathel... - i powiedziawszy to gospodarz zniknął w kuchni. Laris postanowił nie komentować odgłosów i rozsiadł się wygodnie w jednym z foteli przy kominku. Zdziwiło go, że markiz - bądź co bądź szlachcic - sam obsługiwał gościa zamiast zostawić to służbie.
Łowca powiódł wzrokiem po stojących na półkach książkach. Biblioteka markiza sprawiała wrażenie nieuporządkowanej, jakby stworzonej ręką impulsywnego bibliofila-kolekcjonera. Wyglądało na to, że gospodarz jest nie tylko zbieraczem książek, ale i poliglotą. Wiele tytułów nie było Larisowi znanych, a jeszcze więcej w ogóle nie było napisanych w językach, które znał.
Oględziny saloniku przerwał mu markiz de Caesare wynurzając się z kuchni z butelką wina i dwoma kryształowymi kielichami.
- Słucham, panie Hathel - zagaił gospodarz nalewając wina do kielichów. - Co też sprowadza pana do mych włości?
- Przypadek - odparł Laris, oglądając wino pod światło. Na wszelki wypadek zdecydował, że poczeka z piciem na pierwszy toast.
- Przypadek! - roześmiał się markiz. - Łowcy Nieumarłych nigdy nie pojawiają się nigdzie przypadkiem. Proponuję pierwszy toast. Za przypadki!
- Za przypadki - mruknął Laris i spełnił toast dopiero, gdy gospodarz upił łyk ze swego kielicha. Wino miało lekko metaliczny posmak. Bardzo znajomy, choć nieuchwytny w bogatym bukiecie.
- Zatem - podjął po chwili de Caesare - jakie ważne sprawy tu pana przygnały?
- Żadne - odparł Laris. - Nie wiem, skąd pan wie tyle o mnie i moich braciach, bowiem nie szukaliśmy rozgłosu. Nie chcę być nieuprzejmy, zwłaszcza wobec tak uprzejmego gospodarza, jednakże... - Łowca zawiesił głos. Dłuższą chwilę myślał nad odpowiedzią, unikając wyczekującego spojrzenia rozmówcy. - Nie jesteśmy już tym co kiedyś. Misja ustępuje przeżyciu. Łowca Nieumarłych to owszem piękny tytuł, ale ostatnimi czasy więcej polujemy na całkiem żywe stwory. Rozumie pan, kwestia przeżycia.
Markiz milczał przez dłuższą chwilę uśmiechając się samymi ustami.
- Taaak... - powiedział wreszcie. - Kwestia przeżycia, mówi pan.

(C. D. N)