
Profil gracza:
Kronika o Brokkarze z Rodu Żelaznorękich
W starych księgach, których pergaminy nadgryzł ząb czasu, a litery wyblakły od wilgoci głębokich krypt, odnaleźć można wzmiankę o krasnoludzie imieniem Brokkar, ostatnim z godnych synów rodu Żelaznorękich. Powiadają, iż przyszedł na świat na pograniczu północnych marchii, gdzie słońce rzadko przebija się przez ciężkie chmury, a zimowy wiatr niesie zawodzenie duchów poległych przed wiekami. Tam właśnie, pośród nagich skał i nieprzebytych urwisk, od pokoleń trwał jego ród – wierny kamieniowi, młotowi i przysięgom składanym pod sklepieniem ziemi.
Nie znano w tej rodzinie innego rzemiosła ponad górnictwo. Ojciec uczył syna, dziad wnuka, a każdy z nich pozostawiał po sobie tunele tak głębokie, iż mawiano, że sięgały korzeni świata. Nie szukali jedynie złota ni drogich kamieni. Wierzyli bowiem, iż wnętrze gór jest świętym ciałem krainy, którego nie wolno kaleczyć chciwością ani pychą.
Już od najmłodszych lat Brokkar nosił na barkach ciężar kilofa, zanim jeszcze dorósł do wojennego topora. Poznał smak pyłu, chłód podziemnych komnat i ciszę tak głęboką, iż zdawała się przemawiać głosem samych bogów. Powiadano, że potrafił usłyszeć drżenie skały, nim ta pękła pod uderzeniem młota, a jego dłonie prowadziła niewidzialna siła starsza od pamięci krasnoludzkich rodów.
Lecz największą osobliwością Brokkara nie była siła ramion ani kunszt górnika. Było nią serce. Albowiem pośród świata, gdzie stal częściej przemawia niż słowo, on niósł w sobie łagodność niespotykaną nawet wśród kapłanów. Nie znał nienawiści wobec obcych ras, nie odwracał wzroku od cierpiących i nie odmówił pomocy nikomu, kto błagał o wsparcie. Wielu brało to za słabość. Lecz ci, którzy poznali go bliżej, przekonywali się rychło, iż dobroć wymaga większej odwagi niż wojna.
Nad wszelkich możnych i wszelkie doczesne bogactwa przedkładał wiarę w Heluvalda, Pana Światłości i Opiekuna Sprawiedliwych. Każde zejście pod ziemię poprzedzał modlitwą, a pierwsze uderzenie kilofa oddawał bogu niczym ofiarę. Nigdy nie zabierał więcej, niż góra gotowa była oddać, wierząc, iż chciwość jest pierwszym krokiem ku zgubie, a każda żyła srebra i żelaza jest jedynie darem powierzonym śmiertelnym na czas ich krótkiego życia.
W owych dniach, gdy cień zdawał się wydłużać nad krainą, Brokkar przemierzał trakty prowadzące ku Arrakin, niosąc rudę wydobytą własnym trudem. Nigdy nie oszukał kupca na wadze, nigdy nie splamił danego słowa, toteż jego imię stało się cenniejsze od najbogatszych kruszców.
Lecz największa próba miała dopiero nadejść.
Gdy pewnej zimy drążono nowy szyb wśród bezimiennych skał północnych marchii, ziemia rozstąpiła się przed Brokkarem, odsłaniając komnatę, o której nie wspominała żadna kronika. Nie było tam złota ani klejnotów. Jedynie kamienny ołtarz, pokryty pradawnymi runami Heluvalda, i stary kilof, którego ostrze jaśniało mimo upływu niezliczonych stuleci.
Każdy inny zabrałby relikwię, pragnąc sławy lub bogactwa.
Brokkar uklęknął.
Zdjął z palca rodowy pierścień wykuty jeszcze przez jego pradziada i pozostawił go na ołtarzu jako dar dla swego boga. Odszedł zaś z pustymi rękami, nie oglądając się za siebie.
Od owego dnia wielu twierdziło, iż sam Heluvald spogląda nań przychylnym okiem.
Gdy zawalały się szyby, Brokkar wychodził spod rumowisk żywy. Gdy ginęli górnicy, on odnajdywał ich tam, gdzie inni widzieli jedynie śmierć. Gdy karawany przeprawiały się przez mroczny Las Sith, cienie omijały jego ślady. A kiedy wspinał się ku zdradliwym Góry Tul-duar, lawiny zdawały się zatrzymywać przed jego stopami.
Nie pytał nigdy o nagrodę.
Nie pragnął dworów ani zaszczytów.
Nie szukał miejsca u boku Mahdiego, którego wola jednoczyła krainę.
Wystarczało mu światło lampy w ciemnym tunelu, dźwięk kilofa odbijający się od kamienia i pewność, że żaden towarzysz nie pozostanie samotny w mroku.
Do dziś starsi krasnoludowie powiadają, iż gdy w najgłębszych kopalniach zapanuje cisza, a płomień pochodni zatańczy bez podmuchu wiatru, można usłyszeć miarowe uderzenia młota Brokkara. Nie jest to jednak duch błąkający się po świecie żywych.
Jest to przypomnienie.
Że góry pamiętają.
Że Heluvald czuwa.
I że honor krasnoluda nie przemija wraz z jego śmiercią, lecz pozostaje wyryty w skale tak długo, jak długo trwać będzie świat.
|