
Profil gracza:
Dlaczego krasnolud z narkolepsją jest postrachem każdej orkowej armii?
Bo jako jedyny potrafi „złożyć się” do walki, zanim przeciwnik w ogóle wyciągnie miecz!
Elf W Grubej Skórze
Elenar Księżycowy Blask był ucieleśnieniem elfiej gracji, smukłym mistrzem magii astralnej, który potrafił recytować poematy o gwiazdach, podczas gdy jego czary obracały armie orków w pył.
Jego życie zakończyło się jednak w sposób urągający wszelkiej estetyce – podczas próby rzucenia Wielkiego Zaklęcia Transcendencji potknął się o rąbek własnej jedwabnej szaty i uderzył głową w kant nefrytowego ołtarza. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętał, była nieskończona światłość kosmosu, a pierwszą po przebudzeniu – potworny ciężar własnych brwi i zapach, który był niepokojącą mieszanką mokrego psa, starego sera i taniego ale.
Elenar otworzył oczy i zamiast na polanie usłanej kwiatami, leżał w błocie, a nad nim stał spocony krasnolud, okładający go po twarzy pięścią wielkości bochenka chleba i ryczący, żeby *Trollin* w końcu podniósł swoją grubą rzyć, bo to nie czas na drzemkę. Elenar spróbował rzucić Srebrzystą Tarczę, ale zamiast melodyjnej inkantacji z jego gardła wydobyło się niskie, chrapliwe charczenie, a gdy spojrzał na swoje dłonie, przeraził się – były szerokie jak łopaty do węgla i pokryte tak gęstym owłosieniem, że można by w nich ukryć małą rodzinę wiewiórek.
Został reinkarnowany jako *Trollin*, krasnoludzki barbarzyńca, co samo w sobie było dla elfa losem gorszym od potępienia, ale prawdziwym dramatem okazał się fakt, że mechanizm duszy najwyraźniej zaliczył potężne opóźnienie podczas transferu. Elenar odziedziczył ciało wojownika, ale wraz z nim rzadką i skrajnie uciążliwą przypadłość: narkolepsję bojową, która sprawiała, że w momentach największego stresu jego organizm po prostu postanawiał przejść w tryb oszczędzania energii.
Tydzień później, podczas bitwy o Przełęcz Złamanych Zębów, Elenar – wciąż niepogodzony z koniecznością czesania brody – znalazł się w środku szarży na oddział trolli. Czuł przypływ barbarzyńskiego szału, który smakował jak surowa cebula zmieszana z furią, i właśnie gdy miał wznieść topór, by dokonać epickiego cięcia, jego mózg nagle uznał, że to idealna pora na fazę rem. Padł jak kłoda, a jego bezwładne, ważące 120 kilogramów ciało, uderzyło w tarczę pierwszego trolla z siłą kuli armatniej, sprawiając, że potwór stracił równowagę i spadł w przepaść, zabierając ze sobą dwóch kompanów. Śpiący Trollin toczył się dalej niczym owłosiona kula zagłady, gasząc ognisko goblinów swoim mokrym futrem i ostatecznie „parkując” głową w brzuchu dowódcy nieprzyjaciela, co wybiło mu powietrze z płuc i zmusiło do ucieczki całą armię, przekonaną, że mają do czynienia z nową, nieprzewidywalną techniką walki „turlanego zgonu”.
Kiedy Elenar ocknął się pięć minut później z kawałkiem spalonej kiełbasy w brodzie, krasnoludzki wódz ściskał go w niedźwiedzim uścisku, krzycząc, że udawanie martwego w celu zwabienia wrogów w pułapkę było aktem czystego geniuszu taktycznego. Elenar próbował wyjaśnić, że po prostu kontemplował pustkę, ale nikt go nie słuchał, bo krasnoludy już otwierały beczki z piwem.
Największa próba przyszła jednak w leżu smoka Flammenhorna, gdzie drużyna potrzebowała ochotnika do odwrócenia uwagi bestii. Elenar wystąpił przed szereg, wymachując toporem i krzycząc obelgi pod adresem smoczych łusek, ale w połowie najbardziej soczystego przekleństwa jego powieki stały się cięższe od kowadeł. Runął twarzą w dół dokładnie w momencie, gdy smok zionął ogniem, a ponieważ Trollin wpasował się idealnie w skalną rynnę, płomienie przeszły nad nim, przypalając jedynie końcówkę ogona smoka, który z wrażenia przestał atakować. Bestia, zaciekawiona chrapiącym krasnoludem, nachyliła się, by go powąchać, a wtedy Elenar, przez sen, wykonał instynktowny ruch odpędzania muchy i jego potężna pięść wystrzeliła prosto w czułe smocze nozdrze. Flammenhorn dostał takiego ataku kichania, że uderzył głową w sklepienie jaskini, tracąc przytomność pod stosem własnych złotych monet. Gdy Elenar obudził się godzinę później jako pogromca smoków, westchnął ciężko, tęskniąc za winem z kwiatów i lewitacją, ale patrząc na lśniącą górę złota i czując moc w swoich nowych, krótkich nogach, uznał, że bycie barbarzyńcą ma swoje plusy – przynajmniej nikt nie wymagał od niego recytowania poezji. Ruszył w stronę karczmy, a po dziesięciu metrach zasnął w marszu, wyważając głową drzwi wejściowe, co zgromadzeni wewnątrz biesiadnicy uznali za najbardziej epickie wejście w historii lokalu.
O Jeden Sen Za Daleko
Elenar, uwięziony w krępym ciele Trollina, siedział przy długim, dębowym stole w karczmie „Pod Pękniętym Kowadłem”, starając się zachować resztki elfiej etykiety podczas konsumpcji pieczonej świni.
To właśnie wtedy, między jednym a drugim kęsem tłustej skóry, jego wzrok spoczął na niej – była monumentalna, miała ramiona jak młoty pneumatyczne i najwspanialszą, rdzaworudą brodę, jaką Elenar widział w tym wcieleniu, zaplecioną w misterne warkocze zdobione miedzianymi pierścieniami. Pachniała obłędnie, przynajmniej według krasnoludzkich standardów, które jego nowy nos zaczął niepokojąco akceptować: była to woń duszonej cebuli, długo warzonego piwa i dymu z ogniska.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, a ona puściła mu oko, rzucając w jego stronę ogryzioną kość na znak sympatii, serce Elenara zabiło mocniej, ale mózg, przeciążony aromatem cebuli i hałasem biesiady, uznał to za sygnał do natychmiastowej ewakuacji w krainę snów.
W ułamku sekundy świat Trollina zgasł, a grawitacja wykonała resztę pracy.
Pech chciał, że tuż obok przechodziła karczmarka Helga, niosąca sześć pełnych kufli, a bezwładna głowa krasnoludzkiego maga-barbarzyńcy wystrzeliła prosto w jej obfity, opięty gorsetem biust. Huk uderzenia czoła o twardy jak granit dekolt Helgi przypominał wystrzał z muszkietu, a piwo z kufli zalało połowę sali.
Karczmarka, przekonana, że to wyjątkowo bezczelny atak na jej cnotę, nie czekając na wyjaśnienia, zdzieliła śpiącego Trollina pustą tacą w potylicę, co tylko pogłębiło jego narkoleptyczny letarg. Widząc to, ruda piękność o zapachu cebuli ryknęła z oburzenia – w jej mniemaniu to karczmarka próbowała ukraść jej nowo poznanego amanta – i bez zbędnych ceregieli cisnęła w Helgę całym półmiskiem pierogów.
W karczmie zawrzało jak w kociołku alchemika, gdy narzeczony karczmarki, kowal o bicepsach większych niż głowa Trollina, ruszył do ataku, a zwolennicy rudej krasnoludzicy sformowali mur obronny wokół wciąż chrapiącego bohatera. Wybuchła karczemna awantura, która w ciągu kilku minut wylała się na ulice krasnoludzkiego miasta, angażując straż miejską, przechodniów i grupę górników wracających ze szychty. Latały kufle, stoły i pojedyncze sztuki obuwia, a całe miasto dudniło od odgłosów uderzeń i krasnoludzkich przekleństw. W samym centrum tego chaosu, niesiony na rękach przez swoją rudobrodą wybawicielkę niczym worek cennych kruszców, Elenar-Trollin smacznie chrapał, śniąc o srebrzystych lasach, podczas gdy jego nowa luba, taranując głową drzwi kolejnej gospody, mruczała pod nosem, że „ten mały, cichy wrażliwiec to zdecydowanie partia jej życia".
Czym się różni krasnolud od orka?
Jak dasz orkowi do potrzymania jądra jednorożca, to je zje. Jak dasz krasnoludowi, to zapyta, czy do kompletu dorzucisz mu jeszcze kowadło, bo jeden młotek to za mało, żeby wykuć porządny topór!
Polowanie Na Jaja
Elenar, wciąż uwięziony w krępym ciele Trollina, kroczył przez gęste paprocie z gracją pijanego hipopotama, którą jego towarzysze nazywali „solidnym krasnoludzkim krokiem”. W głębi duszy czuł się synem księżyca, istotą utkaną ze światła, choć rzeczywistość brutalnie przypominała o sobie za każdym razem, gdy jego obfita broda wkręcała się w sprzączkę pancerza.
— Nie do wiary — mruknął Trollin, wycierając pot z czoła dłonią wielkości bochenka. — Szlachetny elficki mag, zredukowany do roli rzeźnika, którego jedyną nadzieją są... jądra jednorożca. Czy w tym barbarzyńskim świecie nie znacie pojęcia „homeopatia”?
— Zamknij jadaczkę, Trollin! — zawołał Balin Gruby, dojadając nogę kurczaka. — Rudy jednorożec to rzadka bestia. Jego klejnoty rodowe mają taką moc, że postawią na nogi nawet nieboszczyka, a co dopiero takiego śpiocha jak ty.
— To nie jest spanie, ty niewykształcony klocu — odparował Trollin, mrużąc oczy z wyższością. — To metafizyczne zawieszenie jaźni. Moja dusza jest po prostu zbyt subtelna dla tego „kontenera” z mięśni i sadła.
— Ta, jasne — zarechotał młody Kili. — Ostatnio ta twoja „subtelna dusza” tak chrapała, że lawina zeszła z sąsiedniego szczytu.
Nagle zarośla zatrzęsły się i na polanę wyskoczył on: Rudy Jednorożec. Bestia lśniła miedzianą sierścią, a jej róg przypominał skręcony bursztyn. Krasnoludy rzuciły się do przodu z okrzykiem bojowym, który brzmiał jak zderzenie dwóch wozów z gruzem. Po krótkiej, chaotycznej walce, udało im się zapędzić stworzenie w ślepy zaułek pod skalną ścianą.
— Teraz, Trollin! — ryczał Balin, przytrzymując wierzgającą bestię za ogon. — Masz nóż, masz okazję! Jedno cięcie i będziesz uleczony!
Trollin wystąpił przed szereg, trzymając w górze lśniące ostrze. Uniósł podbródek, celebrując moment niczym elficki arcykapłan.
— Patrzcie i uczcie się, prostaki — zaczął z arogancją. — Oto kończę ten upokarzający rozdział mojej egzystencji. Niech moc gwiazd... moc gwiazd... i zapach cebuli...
Nagle adrenalina opadła, a jej miejsce zajął bezlitosny mrok. Trollin poczuł, jak kolana zamieniają się w watę.
CHRAP! BĘC!
Trollin padł jak ścięte drzewo, lądując twarzą prosto w kępę mchu. Nóż wyleciał mu z ręki i z głośnym brzdękiem odbił się od skały, trafiając Balina w pośladek. Zaskoczony i obolały Balin puścił ogon jednorożca, a ten, czując nagłą wolność, wyprowadził potężne kopnięcie, które posłało resztę kompanii w krzaki.
Zanim krasnoludy zdążyły się pozbierać, Rudy Jednorożec był już trzy mile dalej, zostawiając po sobie jedynie zapach magii i kpiące rżenie.
Kiedy dziesięć minut później towarzysze dobudzili Trollina kubłem zimnej wody, ten usiadł, wypluwając błoto i poprawiając hełm z tą samą nieznośną elficką dumą.
— No i co? — zapytał, rozglądając się po pobojowisku. — Gdzie moje lekarstwo? Czy moje mistrzowskie powalenie bestii ciężarem własnego ciała już ją wyeliminowało?
Balin, masując obolały zadek, spojrzał na niego z furią.
— Twoje „mistrzowskie powalenie” sprawiło, że jedyne jądra, jakie dziś zobaczysz, to twoje własne, gdy będziemy cię kopać całą drogę do domu!
Trollin westchnął ciężko, drapiąc się po rudym zaroście.
— No cóż. Przynajmniej zachowałem estetyczną integralność tego stworzenia. Poza tym, spójrzcie na to z innej strony — dodał z kpiącym uśmieszkiem. — Jako krasnolud z narkolepsją przynajmniej nigdy nie nudzę się podczas własnych wykładów. Po prostu ucinam sobie drzemkę w połowie zdania.
— Nienawidzę cię, Trollin — mruknął Kili, zbierając resztki ekwipunku.
— Wiem — odparł mag, ruszając w stronę karczmy. — To naturalna reakcja niższych sfer na kontakt z geniuszem. A teraz prowadźcie, bo czuję, że zbliża się kolejna „kontemplacja pustki”... albo po prostu pora na drugie śniadanie.
|